UltraPark Weekend – Mistrzostwa Polski 100km – relacja

     Po czerwcowym ultramaratonie i przytuleniu 85 kilometrów, przyszedł czas na stawianie nowych celów – był początek lipca. Krótkoterminowo był to treningowy maraton na Młocinach którego organizatorem – podobnie jak czerwcowego ultra – był Paweł Żuk. Ależ byłoby w tegorocznym kalendarzu ultra biednie bez niego 🙂 Długoterminowym celem było podjęcie próby przebiegnięcia całej setki na UltraPark Weekend w Pabianicach. Miały być tam rozgrywane – podobnie jak przed rokiem – Mistrzostwa Polski w tej konkurencji.

Niestety prawie 3 tygodnie lipca zabrała mi tzw. PESEL-oza 🙂 Umiejscowiła się w lędźwiach i nie chciała się ze mną rozstać. Coś tam biegałem, ale tempa prawie jak spacerowicze w Ciechocinku. Po kilku dniach zupełnej przerwy od biegania, z lekką obawą pobiegłem zaplanowany na Młocinach maraton. Biorąc pod uwagę okoliczności wynik 2h 42 min był dla mnie całkiem przywoity.  Pojawiła się też optymistyczna obserwacja, że w sumie plecy po takim biegu to chyba bolą mniej. Czyli trzeba dużo biegać 🙂

W międzyczasie trochę stymulowany przez innych ultra-biegaczy postanowiłem wyrobić licencję PZLA. Jak startować w biegu Mistrzostw Polski to podbijmy stawkę 🙂 Debiut na 100km jest już wyzwaniem, ale czemu nie zagrać wyżej 🙂 Uderzyłem do klubu Roberta Korzeniowskiego RK Athletics, kawałek papierkologi i zostałem licencjonowanym zawodnikiem PZLA.

    Początek sierpnia to „zgrupowanie kadry” w Kołobrzegu a konkretnie wyjazd na wakacje z rodziną 🙂 Przed wyjazdem zrobiłem na treningu maraton w 2h 35min. To było 10 min wolniej od mojego rekordu życiowego, co już pozwalało dobrze się zmęczyć.

wieczorny maraton
Jeśli chodzi o pobyt z rodziną na wakacjach to każdy amator ma tutaj podobne dylematy. Trenuję trochę amatorów, widzę zatem jak to często wygląda. Generalnie jest kombinowanie jak wpleść w ten urlop trening tak, żeby nie było smurczenia tej drugiej strony. A smurczenie często jest 🙂 Tutaj trzeba być pomysłowym, kombinować, być sprytniejszym od przeciwnika. Zwykle coś szyjesz np. „słuchaj, ja nie lubię za bardzo leżeć na plaży, pójdę chyba na krótki trening” – po czym z dużym zacieszem robisz maraton. Potem do końca dnia snujesz się na nogach, bo przecież w planie było zwiedzanie. A nie powiesz „nie idę – nogi mnie bolą” bo jak tak powiesz to przed następnym treningiem ten argument zostanie użyty przeciwko tobie. Także biegacz amator musi być zwinny, sprytny, pomysłowy i zaprawiony w negocjacjach, wszystko po to żeby móc się zmęczyć 🙂 Jest jeszcze ryzyko gdy wracasz po treningu. Możesz być przywitany w stylu „o losie ty tylko biegasz” albo „kyrie elejson, ale długo Cię nie było” 🙂  Wtedy najbezpieczniej odpowiedzieć „qrcze zabłądziłem” lub odsłyszeć to co usłyszałeś i nie reagować 🙂
Brzmi to skomplikowanie, ale jak się nabierze wprawy to można na tym długo i bezkonfliktowo jechać. Tak też ja czyniłem, kolejny zresztą raz. Udało się tak prześlizgać cały urlop nad morzem. Było po prostu pięknie! 🙂

    Drugi tydzień „zgrupowania” spędziłem na wiosce. Błoga cisza przerywana warkotem kombajnów i traktorów 🙂 Jedzenie BIO – co w dzisiejszych czasach jest towarem premium. Do tego praca fizyczna w różnych płaszczyznach czyli tzw. ogólnorozwojówka. Walka z ponad 300 kg balotami obnaża wszystkie słabe punkty szczególnie czuć to następnego dnia.

tak wygląda balot słomy :)

oo tak wygląda balot 🙂

Od razu wyjaśniam – tego się rękami nie podnosi, ale są okoliczności w których się to przetacza/przekręca i niekoniecznie po równym asfalcie 🙂 Inne okoliczności sprawiają, że takich balotów, które trzeba dotknąć/przetoczyć jest kilkaset i wtedy robi się już duże wyzwanie dla chudego ciała.  Tak czy inaczej siłka weszła konkret! Jak miałem siłę to dokładałem wieczorami jeszcze trening biegowy i w sumie wyszedł całkiem przyzwoity tydzień.

Zostały dwa tygodnie biegania na mojej ursynowskiej pętli. Tutaj już wielkiego treningu nie było. Poza jednym półmaratonem w 1h 13min (3 min wolniej od PB) nic specjalnego się nie działo ani z tempem ani z kilometrażem.

Pabianice

    Do Pabianic pojechałem sam. Liczyłem, że tuż przed startem wyżebram u kogoś jakąś pomoc na trasie. Przecież tam w jednym miejscu zbiera się tyle dobrych ludzi. No i rzeczywiście – spotkałem Andrzeja Piotrowskiego aka meloniq z jego supportem Darkiem Czechowiczem – dwa zdania – „pomożemy!” 🙂
Odebrałem pakiet, przybiłem piątkę z Piotrem Kardasem – organizatorem tej mega-wspaniałej imprezy. Zobaczyłem walczących na trasie i strefę supportu. Generalnie cała strefa dla biegaczy 24h i 48h wygląda jak pole namiotowe – to są z dużym prawdopodobieństwem wariaci 🙂

Strefa support 24h/48h późnym wieczorem

    Chwilę popatrzyłem jak biegną m.in. Patrycja Bereznowska, Małgorzata Pazda-Pozorska, z panów Damian Falandysz, Rafał Kot, Paweł Żuk.
Skleiłem ok. 3 kilometry i wróciłem do hotelu. Przygotowałem 1,5 litra picia – głównie woda z glukozą. Tym razem nie wziąłem izotonika na ultra 🙂 Dodatkowo zabrałem ze sobą 4 żele.
Trasę UltraParku znałem dobrze, startowałem już tutaj przed rokiem robiąc próbę ciała na 70 km. Na tej imprezie wszystko jest idealne pod warunkiem, że ktoś lubi biegać po pętli. Ja jestem do tego przyzwyczajony – u siebie na Ursynowie hetam trening na pętli o długości 2,4 km. Można często korzystać z picia, teren jest zacieniony, równiutki asfalt, płasko – no po prostu bajecznie.
Pętla ma 1535 m, wystarczy pokonać lekko ponad 65 takich okrążeń i voila – setka zaliczona 🙂

Trasa w Parku Wolności

Startuję w Mistrzostwach Polski

    Niedziela rano – wstaję patrzę, zegarek pokazuje stan baterii 3% – ładował się całą noc. To żeś Dariusz się popisał – inżynier z Politechniki 🙂 Jeszcze próba podładowania w samochodzie i ostatecznie udało się uzyskać tylko 22%. Ale cały czas jestem oazą spokoju 🙂 Najwyżej zobaczymy jak biegają ludzie technologicznie wykluczeni.
Zjadam skromne śniadanie w postaci 5 wafli ryżowych z herbatą – posiłek miałki, ale na nic więcej nie miałem ochoty. Tak naprawde to miałem oprócz wafli pół czekolady i płatki chocapic więc i tak wybór był niewielki. Zapakowałem się w samochód i dotarłem do Parku Wolności w Pabianicach. Niestety mocno pada, żeby nie powiedzieć że leje. Posiedziałem chwilę w samochodzie – trzeba jednak iść na odprawę i zrobić z kilometr rozgrzewki. Jak ja nie cierpię biegać w deszczu! Ale to nie przedszkole. Sytuację trochę ratuje temperatura – jest ciepło.
Zaniosłem picie do punktu supportu, jakaś próba rozgrzewki, wszyscy się chowają po namiotach i pod drzewami – no jest srogo. W butach mam pełno wody – pewnie jak każdy. Myślę sobie – „ile to jeszcze rzeczy na treningu nie testowałeś np. bieg w mokrych skarpetkach kilkadziesiąt kilometrów” 🙂

Przeszliśmy na start, godzina 8:00 no i lecimy!

    Widzę kilka znanych twarzy, ale plan mam jeden – zabieram się na pierwszym okrążeniu z czołówką bez względu na tempo. Tempo jest mega wolne bo to zaprawieni ultrasi są. Jest Litwin Aleksander Sorokin medalista Mistrzostw Świata w biegu 24h, jest Piotrek Stachyra i Andrzej Piotrowski – medaliści Mistrzostw Polski, na trasie widziałem, że biegnie też ubiegłoroczny Mistrz Polski Damian Kaczmarek. Z kobiet m.in. Dominika Stelmach, Milena Grabska-Ggrzegorczyk  – widzę też inne znajome twarze ale nazwisk nie znam 🙂 generalnie jest cała czołówka ultra.
Ruszyliśmy ja z Aleksandrem – jak dla mnie wolno, tempo powyżej 4’/km. Dobra, ale to jest dogrzenie organizmu, sprawdzenie przyczepności itp. Po drodze na punkcie wyrzuciłem ortalion i byłem gotowy na palenie następnych 99. kilometrów.

Start biegu 100km

    Tak jak wspomniałem wcześniej – jedna pętla to ponad 1,5 kilometra. Robienie każdej pętli w 6 minut dawało tempo 3’55”/km i ze względu na łatwość liczenia tak postanowiłem biec. Nie chciałem powtórzyć szarży sprzed roku gdzie biegłem zgodnie z GPS, który wśród tych drzew licho działa. Wtedy zegarek pokazywał, że biegnę 3’50”/km a biegłem dużo szybciej. Tym razem ze względu na pustą baterię w ogóle wyłączyłem GPS i korzystałem tylko ze stopera.

    Poza mną i Aleksandrem czołówka postanowiła biec wolniej niż 15km/h – biegliśmy więc we dwóch. Chwilę porozmawialiśmy – cele mamy zbliżone przynajmniej na pierwsze 70 km. Litwin chciał pobić rekord kraju (6h50min) ja chciałem ukończyć moją pierwszą setkę na wysokiej pozycji unikając problemów mięśniowych i skurczów. Te ostatnie poskładały mnie na czerwcowym ultra. I tak w ciszy zaczęliśmy palić kolejne okrążenia. Pierwsze 20 pętli to wiadomka – trzeba kombinować, żeby się za bardzo nie zmęczyć. Czyli niby lecisz te 3’55”/km, ale wiesz że ziewasz. Masz wrażenie, że oszukujesz wszystkich bo przecież jest tak łatwo, ale ultra zaczyna się po 80-tym kilometrze. To jest taki odpowiednik 35-37-go kilometra w maratonie.
Biegniemy sobie zatem leniwie co jakiś czas wzdychając dla przewietrzenia płuc. Niestety nie wygląda to u mnie jakoś super lekko, spodziewałbym się, że powinno być dużo lżej. Nogi trochę ciężkie, ale może się to jakoś rozbiega 🙂

    W ultra jest efekt kropli drążącej skałę 🙂 powolutku zmęczenie narasta, każde 180 kroków na minutę kumuluje się z następnymi. Po 4 godzinach jest już ponad 40 tys. uderzeń o asfalt, po 6 godzinach kroków jest już ok. 65 tys. To wszystko się ładnie, równiutko odkłada w organizmie.
Ale nie dramatyzujmy, mięśnie się po to trenuje, żeby to zniosły. Lecimy we dwóch nie zwracając uwagi kto prowadzi. I tak opory powietrza przy tej prędkości są znikome. Mijamy cały czas jakieś osoby. Na pętli w tym samym czasie jest bieg 48h, a o 9:00 wyruszył dodatkowo bieg na 50 km. Generalnie jest trochę towarzystwa na trasie więc trzeba być czujnym. To, że jesteśmy najszybsi działa przeciwko nam. Biegniemy często slalomem, jak po 3-4 torze na stadionie. Nic mnie to nie rusza, biegnę swoje, nie walczę tutaj o jakieś sekundy czy rekord.

Ta ulewa była nikomu niepotrzebna 🙂

Już na 7 kilometrze zjadam żel, potem dużo piję. Chcę trochę uprzedzić ewentualne braki energetyczne, biorę też dwa razy elektrolity. Po kilku okrążeniach przestał na szczęście padać deszcz i zrobiło się przyjemnie ciepło.
Po mniej więcej 20 okrążeniach czyli ok. 31. kilometra dublujemy czołówkę. Jest tam m.in. Piotrek, Dominika, Andrzej no i widze Kamila Leśniaka. Papieskie pozdrowienie – następny dubel na 60-tym pomyślałem – taka zuchwałość debiutanta. Ale kara za to przyjdzie, tylko za chwilę 🙂
Jedno okrążenie dalej już czułem, że moja prawa strona tułowia zaczyna szukać książki skarg i zażaleń. Nie ma!!! Wywaliłem wszystkie książki! Nie ma żadnych zażaleń, jutro zapraszam 🙂

Kryzys

To jest niesamowite, jak jedna rzecz może położyć wszystkie założenia i taktykę. Sytuacja kryzysowa na takim dystansie nie jest żadnym zaskoczeniem, ale już w 1/3 dystansu?? To tak jakbym poczuł niemoc na 13. km w maratonie! No dobra, ale jakoś to trzeba będzie ogarniać. Ból nie jest póki co paraliżujący, po prostu zwraca na siebie uwagę, mogę tak biec. Oprócz dwóch żeli, które zjadłem postanowiłem już nie dokładać stałego materiału do żołądka. Jak się okazało to były jedyne żele które zjadłem. Picie zmniejszyłem na co 3-4-te okrążenie. Udało się utrzymać ten stan względnego komfortu do 45. kilometra. Odpuściłem w tych okolicach Litwina chcąc przetrwać kryzys. Zwolniłem tempo – teraz patrzę, że były to okolice 4’10”/km. Takim tempem wiozłem się do 65. kilometra a tutaj było już bardzo chusteczkowo. Musiałem przejść do marszu. Trochę rozciągania, jakieś próby rozmasowania w międzyczasie ciepła herbata – duużo ciepłej herbaty. Tempo tych okrążeń z wizytami przy namiocie z posiłkami 🙂 siłą rzeczy było tragiczne. Ja jednak tempem się zupełnie nie przejmowałem, chciałem wrócić jakkolwiek do żywych. Okazało się, że taka herbata i postój starcza mniej więcej na jedno okrążenie, potem znowu trzeba zwalniać. W międzyczasie padła bateria w zegarku – już i tak nic tam nie kontrolowałem.
Jeśli chodzi o klasyfikację w Mistrzostwach Polski to miałem do roztrwonienia zapas ponad jednego okrążenia tj. około 7-8 minut. Ale wbrew pozorom ta przewaga szybko topnieje jak idziesz w tempie 9 min/km albo nawet wolniej.

To są ciężkie chwile, trzeba umieć sobie to jakoś racjonalnie poukładać i zmotywować do dalszego biegu. Całość tego pseudo-biegu trwała aż 20 kilometrów! Około 80. kilometra stałem przy namiocie racząc się słodką herbatą kiedy minął mnie Kamil Leśniak. Ogarnąłem się i po kilkuset metrach go dognałem. Zamieniliśmy trzy słowa ale musiałem zwolnić. Jego tempo (ok. 4’10”/km) było dla mnie po prostu zbyt szybkie.

Muszę odpuścić Kamila 🙁

Po dwóch następnych okrążeniach i dalszych herbatkach spadłem na 3. pozycję – ścignął mnie  mnie Andrzej. Był 84 kilometr. Ani razu nie byłem bliski wycofania się z rywalizacji. Przyjechałem tutaj po calutkie 100km! Poza tym wciąż byłem wśród medalistów. Cały czas próbowałem przyspieszać do maksymalnie akceptowalnej prędkości i trzymać to do momentu zaciskania w boku – taki interwał 🙂 Już to kiedyś miałem podczas maratonu warszawskiego, tylko tam walczyłem o cenne sekundy i męczarnie trwały niecałe 10 kilometrów.

Pościg

Około 88. kilometra jakby zło zaczęło dawać za wygraną. Natychmiast to odczułem. Wreszcie mogłem się w fazie lotu porządnie „rozłożyć” 🙂 i biec z wyprostowaną sylwetką. Zaczynałem wracać z zaświatów ponownie do Pabianic! 🙂 Jeszcze chwilę delikatnie, jakbym spodziewał się że zaraz mnie ściśnie, ale coraz odważniej. Rozpędziłem się do prędkości – myślę około 3’40”- tak na próbę 🙂 O rany, chyba już jest gicior! Nagle z każdym krokiem miałem coraz więcej ochoty na bieg. Lekko zwolniłem, do 3’50”/km, żeby się ze wszystkiego nie wystrzelać. W końcu miałem ponad 88 kilometrów w nogach i jeszcze 12 km do mety. To był moment w którym poczułem, że muszę za wszelką cenę dogonić Andrzeja. To się udało jeszcze na 58. okrążeniu – miałem srebro!

Zaraz będę drugi 🙂

Jeszcze trochę przyspieszyłem jakby z nadzieją, że zaraz zobaczę lidera, ale nie było tak różowo. Przebiegając przez punkt żywieniowy Sebastian Białobrzeski (trener Aleksandra Sorokina) krzyknął, że lider (Kamil) ma 3,5 minuty przewagi. Przekalkulowałem to szybko tzn. na tyle szybko na ile pozwala blisko 90. kilometrowe zmęczenie 🙂 Musiałbym odrabiać jakieś 25 sekund na każdym okrążeniu – qrcze, trochę za dużo przepaliłem tego czasu na herbatkach 🙁  Jeszcze przez następne kilkaset metrów liczę, coś kalkuluję w zasadzie nie wiem co chciałem policzyć, ale mózg też już chyba miał ciężko 🙂 W końcu kawałek automotywacji i to takiej maksymalnie prostej i prymitywnej coś w stylu: „Dariusz nie bądź frajer i zawalcz o to złoto, już tylko kilka okrążeń„. Nie wiem jak to w ogóle na mnie zadziałało. Ale ruszyłem zdecydowanie mocniej.

Mocniej tzn. w okolicach 3’48-3’52”/km. Obiektywnie dla mnie to nie jest wcale mocno, ale byłem już zdrowo przeczołgany no i miałem prawie 90 kilometrów w nogach. Wtedy prędkość poniżej 4’/km wydaje się całkiem żywa. Wbiegając w strefę z piciem Sebastian krzyknął że strata to 2 min 40 sekund! No to odrobiłem 40 sekund na jednym kole! Przepaliłem tę pętlę średnio po 3’48”/km. Idzie extra, cisnę dalej, zostało 7 okrążeń (niecałe 11 km). Biegnę już swoje, równe mocnawe tempo, myślę co usłyszę w strefie supportu – krzyczą 1 min 50 sekodrobione kolejne 50 sekund. Nie ma opcji! Teraz to już dognam Kamila, lecę po złoto! Ale schładzam emocje – jeszcze kilka kilometrów do mety, jeszcze może mnie poskładać, w końcu jestem w strefie 85-100 kilometrów. W tych rejonach mnie jeszcze nie było. Lekko luzuję, ale tylko nieznacznie. Chcę nadal odrabiać tylko nie gram vabank. Jeszcze przecież Kamil może się zebrać i końcówka może być mocna, musi zostać coś pod butem. Oczywiście nie mam zegarka i żadnych międzyczasów nie widzę, tylko to co usłyszę w strefie. Teraz patrzę, że zwolniłem do 3’53”-3’55”/km. Lecę jednak dalej z optymizmem, nie ma cierpienia, jest luz, jest „noszenie” 🙂 Odrabiam dalej, krzyczą mi „tracisz minutę” następne okrążenie „40 sekund„. Analizuję – Kamil musi wiedzieć, że się odrodziłem i pędzę za nim. Gdyby miał z czego to przecież by przyspieszył, ale nie przyspiesza. Pewnie przeszedł w tryb „może jakoś się uda to dowieźć” 🙂 Trzymam tempo, na 2,5 okrążenia do mety słyszę niemiłosiernie głośny doping dla Kamila – to był albo trener albo ktoś z jego teamu. Zbliżam się, zaraz będę miał z liderem kontakt wzrokowy. Przebiegłem przez strefę, Sebastian półgłosem rzuca coś w stylu „masz go„. Złapałem jeszcze colę na punkcie – sam nie wie po co 🙂

Po kilkuset metrach widzę już jak biegnie Kamil. Rytm nie najgorszy, dynamika biegu już taka nie za duża. No niestety, rywalizacja sportowa rządzi się swoimi prawami, będę musiał to niestety wykorzystać. Wolałbym chyba, żeby to był ktoś inny niż On. Jeszcze we wtorek przed biegiem szczerze go zachęcałem, żeby wziął udział w wyścigu a teraz taka sytuacja. Ale przecież największe sukcesy są dopiero przed nim!

Finish

Zostało jakieś 1800 m do mety. Dobiegam do lidera, zwalniam – zamieniamy spokojnie dwa słowa i … muszę ruszyć. Przez chwilę Kamil próbuje przytrzymać ze mną, ale to nie ma sensu. Lecę lekko, nie odczuwam zmęczenia, jestem przekonany, że teraz już nic złego się nie wydarzy, nawet gdyby Kamil się zebrał to odeprę atak.  Za kilkaset metrów wpadam na ostatnie okrążenie, ostatnie 1500 m które dzielą mnie od złota. Oczywiście wtedy pętla 1,5 km wydaje się taka krótka, jest już tyle adrenaliny we krwi 🙂 Teraz już nie biegnę, ja lecę, tempo poniżej 3’50”/km jest łatwe, mam siłę. Przebiegam przez strefę, wiem że wygram.
przed metą

 

Wpadam na metę – wygrałem – zdobyłem Mistrzostwo!!! 

Minutę po mnie przybiega Kamil, też jest szczęśliwy ze srebra. Andrzej Piotrowski zgarnia brązowy medal! Jest doskonale, życzę każdemu takich emocji! Zaliczone pierwsze 100 kilometrów, nie ma skurczów, nie ma słaniania się na nogach. Przyznam jednak że dystans jest trudny. Z tego wszystkiego zapomniałem zupełnie, że całe zawody (open) z czasem 6h 43min 14sec wygrał Aleksandr Sorokin bijąc przy tym rekord Litwy. Jak powiedział jego trener – przyjechaliśmy tutaj szukać szybkości 🙂 Aleksandr głównie skupia się na biegach 24h. Niestety uciekł mi na tyle daleko, że ostatnie 12 kilometrów pogoni to było zbyt mało, żeby go złapać. Był tego dnia zbyt równy w swoim tempie a na tak długim dystansie to podstawa.

Analiza biegu

Teraz bez czarów i na chłodno – bieg nie ułożył się po mojej myśli 🙂 Do 88. kilometra wyglądało to biednie. Wyścig w zasadzie zrobiłem na ostatnich 12. kilometrach. Dodatkowo taka a nie inna dyspozycja rywali pozwoliła mi zdobyć złoto. Jednak z takim bieganiem nie wróżę sobie kolorowej przyszłości. Popełniłem błąd dietetyczny i mocno zachodzę w głowę jak to w ogóle jest możliwe u takiego chłopa jak ja 🙂
Jeśli chodzi o rozkład tempa podczas całej setki to wyglądało to jak niżej

Żałosne kilometry to te z oznaczeniem tempa na czerwono. Przedział 51-87 kilometr jest do wymiany 🙂 Kolory słupków pokazują moją wędrówkę po podium Mistrzostw Polski.
Gdybym biegał na pętlach 10-cio kilometrowych – bo takie z reguły są na biegach 100km – to wyglądałoby to tak:

Jakby tego nie rozkminiał to 3 dyszki (70,80,90) są do poprawy i tyle.
Na trasie 100km każdy taszczy jakiś swój krzyż 🙂 To nie jest tak, że wszystkim jest łatwo i przyjemnie. Poniżej chciałbym właśnie to pokazać. Na wykresie porównanie tempa TOP3 w open (Kamil, Aleksander i ja) i dorzuciłem jeszcze tempo „kosmitki” 🙂 Dominiki Stelmach.

 

Kamil na 14. i 24. okrążeniu jak widać też miał jakieś ważne sprawy do załatwienia na mieście 🙂 ale uwinął się o cztery nieba szybciej niż ja. Na dwóch okrążeniach (42 i 43) dostał wiatr w żagiel i pobiegł poniżej 4’/km, tam chyba rozerwała się ich grupa. Od tego momentu tj. 44. okrążenia (66. km) Dominika słabła z każdym okrążeniem, ale na tyle wolno, że dowiozła mega rezultat. Po szarpnięciu Kamila na 66. km dalej był już trud i zwalniał. W momencie gdy ja zacząłem szarżę na 58. okrążeniu (89. km), Kamil dostał info z lekkim opóźnieniem, że za nim pędzę i zwiększył tempo do około 4’/km – mocy jednak starczyło na jedno okrążenie. Po tym jak już wyszedłem na prowadzenie zupełnie odpuścił tempo, dlatego w krótkim czasie zrobiłem blisko 1 minutową przewagę.

Aleksander natomiast – to jest doświadczony zawodnik. Na koncie ma chyba 5 lub 6 dystansów 100 km. Umiejętnie rozłożył siły i wykorzystał zdobyte doświadczenie. Ustrzegł się wielu błędów bo  w debiucie w 2013 roku jakieś chyba popełnił. Zanotował wtedy czas 8h 37min – jak widać wyciąga wnioski i się rozwija.

Interpretacja mojego wyniku

    Jeszcze tego nie napisałem, ale mój końcowy rezultat to 6h 54min 17sec. Można na to patrzeć z różnych kątów i odległości. Ten czas wygląda tym lepiej im dalej od niego staniemy 🙂 Z bliska wygląda już … tak sobie. Z drugiej strony zawsze powtarzam – „Mistrzostwa rządzą się swoimi prawami” oraz „medalistów się nie krytykuje„. I generalnie to podtrzymuję, ale jest jedno wyłączenie – autokrytyka jest dozwolona a nawet wskazana. Ale na początek trochę przypudrujmy ten wynik 🙂 Mogę napisać, że ten wynik to jest według tabel PZLA klasa mistrzowska a za 4 minuty (tj. 6h 50min) wszedłbym w klasę mistrzowską międzynarodową. W zasadzie mogę jeszcze dodać, że według tabel PZLA jest to odpowiednik 2h 16min w maratonie czy 28min 55sec na 10000m 🙂 W tym momencie jestem taki jakby lekko zmieszany 🙂 No ale czy to coś zmienia? No chyba tyle, że trzeba komuś z PZLA napisać, żeby te klasy jeszcze raz przeliczył/zastanowił się nad tym.

 

Ale można spojrzeć też inaczej – Jarosław Janicki w 1995 roku pobiegł 100km w 6h 22min 33sec  (trochę poniżej 3’50”/km) – aktualny rekord Polski. Obstawiam, że biegł w jakiś butach klasy trampki i nie jadł super żeli na trasie. I teraz widać, że dostałem od niego 30 minut czyli ponad 5 pabianickich okrążeń. No dobra, ale to jest rekordzista Polski, więc porównanie z nim ma prawo wyjść blado. No to pójdźmy dalej i zestawmy to z wynikiem Dominiki Stelmach7h 04min 36sec. No i teraz to już wygląda jak jakaś parodia westernu 🙂 Pobiegłem ledwie 10 minut lepiej od najlepszej kobiety – to już daje do myślenia.

Na koniec

    Podsumowując – jest złoto i jest radość, te cyferki nie są w stanie tego zaburzyć 🙂 Ale do tego sukcesu dołożyły się w sposób znaczny inne osoby którym chciałbym podziękować. Przede wszystkim mega podziękowania dla Darka Czechowicza za to że przygarnął kropka 🙂 i wspierał mnie na trasie. Dziękuję wszystkim za zagrzewanie do walki na trasie – Paweł Żuk i Mariusz Mówiński „pchali” mnie mocno na każdym okrążeniu. Ukłony dla Sebastiana za kawał motywacji w decydujących momentach na końcu wyścigu! Dziękuję za pyszne herbatki Paniom z namiotu no i że cukru nie żałowały 🙂 Wielkie dzięki wszystkim z którymi krążyłem w Parku Wolności. Większość z Was jest wariatami szczególnie Ci którzy biegli 24h i 48h – bo setkowicze są jeszcze normalni 🙂
A dla wszystkich wnioski są takie: jeśli podczas biegu pojawiają się trudności – a przecież zwykle się pojawiają 🙂 – nie wolno Wam rezygnować. Trzeba próbować to przetrwać i wierzyć, że karta się odwróci. Ja miałem dwa kuszenia szatana – raz jak mnie zaciskało w środku – przetrwałem! Drugi raz jak usłyszałem że tracę 3,5 minuty do złotego medalu – tutaj też podjąłem walkę. Oczywiście w nogach miałem odpowiednie argumenty bo bez tego się nie da, ale główna potyczka w ultra toczy się jednak w głowie!

 

DziękiPoraNaMajora, photo-masters.pl, Jacek Placek Foto za ekstra foty!!!

4 komentarze

  1. Jeszcze raz wielkie gratulacje Darek! Niesamowity wyczyn! Oczywiście całość – jak zwykle – czyta się z zapartym tchem, aż do samego końca 🙂

    1. Dzięki. Niestety skusiłem się na zbyt zdrowe (surowe) jedzenie dzień przed. Najgorsze jest że to zło było juz dawno zidentyfikowane tylko liczyłem na to że przy mniejszej intensywności się nie ujawni ale był inaczej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: