UltraPark weekend – relacja z biegu w Pabianicach

     Gorący czerwcowy weekend postanowiłem spędzić w Pabianicach. Były tam rozgrywane trzy biegi: Mistrzostw Polski na 100 km, bieg 48-godzinny 🙂 i bieg na 50 km . Chciałem zrobić solidny trening.  Patrząc na prognozę pogody tydzień przed zawodami, obstawiałem bieganie nie dalej niż do 55-60 kilometra. 

     Po zawodach Wings For Life w ciężkich warunkach, nie chciałem ponownie wysilać organizmu. Miesiąc przerwy po ultramaratonie to jest jednak mało. Pomimo, że na każdym treningu była moc, to regeneracja po takim ultra chwilę musi potrwać. Z tą świadomością planowałem dystans jaki przebiegnę w Pabianicach.
Ostatni tydzień przed biegiem trochę wyluzowałem trening. W zasadzie wyglądało to prawie jak przed jakimś ważnym startem. Może za wyjątkiem interwałów 10×400 m w tempie 2’57”- 3’/km. Tak, tak –  zrobiłem taki trening na kilka dni przed ultra 🙂 . Zszedłem z kilometrażu, który i tak po Wing’sie nie był powalający. W maju razem ze startem na Florydzie (link do relacji) przebiegłem 350 km. Miesiąc wcześniej niecałe 400 km. Czerwiec był już bardzo chudy jeśli chodzi o kaemy. Wyszedłem z założenia, że lepiej być wypoczętym niż stanąć na starcie bez świeżości. Ponadto z poprzednich lat wiem, że nawet z niewielkiego kilometrażu da radę coś wartościowego w ultra nabiegać a tutaj dodatkowo miał być start treningowy.

Jeszcze na kilka dni przed wyjazdem do Pabianic, rozważałem możliwość przepisania się z biegu na 100 km na bieg 50 kilometrowy. W ramach tej samej imprezy można było walczyć o kwalifikacje na wrześniowe Mistrzostwa Świata w Rumunii właśnie na 50 km. Minimum PZLA zostało ustalone na 03:16:00 czyli średnio 3’55”/km. Spojrzałem na swoje biegi w Wingsie:  2017 rok – 68,8 km  i międzyczas na 50. km – 03:03:40. W 2018 66,9 km międzyczas 03:10:21. Nie wiem skąd aż tak zaniżone to minimum 🙂 . W maratonie minima są jakby trochę wyżej od mojego rekordu życiowego. Nie mam i tak licencji PZLA, więc postanowiłem już się nie przepisywać, chociaż wiadomo że bym to minimum bez problemu nabiegał 🙂 .

     W piątek zameldowałem się w Pabianicach w hotelu Włókniarz – spokojnie, przemiło, schludnie tylko brak klimatyzacji 🙂 . Poleżałem na łożu z 17 minut w ramach regeneracji po podróży. Wstałem i pojechałem do biura zawodów – jakieś 3,5 km od hotelu. Biuro podobnie jak trasa biegu zlokalizowane było w parku Wolności.
Na trasie już pierwsze cyborgi 🙂 Od rana krążą w biegu 48 godzinnym – nawet mi sobie to trudno wyobrazić jak można tyle biegać 🙂 .
W biurze przybiłem piątkę z organizatorem Piotrem, odebrałem pakiet i poszedłem chwilę pokibicować zawodnikom. Zamieniłem trzy słowa z supportem późniejszej zwyciężczyni Mileny Grabskiej-Grzegorczyk. Ciekawiło mnie głównie jakie mają patenty odnośnie odżywiania podczas tak długiego biegu. Swoją drogą to nieźle musi wyglądać trening do takich zawodów 🙂 .

Ta Pani przebiegła przez dwie doby blisko 347 km ! – komentarz chyba zbędny 🙂

     Podczas biegu miał mi pomagać team Andrzeja Piotrowskiego (meloniq) a konkretnie Ania Wieczorkowska. Nie wiem jakby potoczył się bieg w tym upale bez jej pomocy tzn. mogę się domyślać, że byłoby słabo. Dzięki Anno jeszcze raz! 🙂 .
Andrzej to brązowy medalista MP z 2018 roku. Biegliśmy już razem podczas Supermaratonu Stulecia w Warszawie (link do relacji). Andrzej miał biegać tutaj pełen dystans czyli 100 km. W zasadzie to chyba mało kto przyjechał tu z zamiarem wcześniejszego zejścia z trasy 🙂 .

Za pozwoleniem sędziego PZLA, zrobiłem w ramach rozruchu 3 okrążenia. Tempo 3’50” i bez lekkości, temperatura słaba na bieganie, ale nadzieja jeszcze w tym cieniu – przynajmniej nie będzie palić słońce a to już duży plus.
Trasa biegu prowadziła wśród drzew – znakomicie zacieniona, dobra jakość asfaltu, bez ostrych zakrętów, przewyższenie 4 metry – na prawdę trudno się do czegoś przyczepić. Pętla miała długość 1535,16 m, zatem nie licząc dobiegu setkowicze mieli do pokonania 65 okrążeń. W drodze do hotelu przyjąłem plan minimum – 60 a najlepiej 70 kilometrów – jeśli wszystko będzie szło optymalnie. Jak będzie źle to nie zawaham się zejść nawet po 50. kilometrze 🙂 .

Wróciłem do bazy, rozrobiłem 3 litry izotonika 🙂 , zapakowałem 0,5 l wody i 0,5 l Coca Coli. Dorzuciłem jeszcze kilka żeli energetycznych i byłem gotowy na kilkadziesiąt okrążeń w gorącu 🙂 .

Wieczorem na meczu Polska-Macedonia dopakowałem bak chocapic’ami i połówką czekolady. Nasi jednak tak graaaaliii – no nie miałem do kogo kląć 🙂 . Chyba z tego powodu spać mi się odechciało. Jakoś do tego rana się przemęczyłem 🙂 .

Poranek bez większych historii, kawa, miska płatków chocapic 🙂 i dwa wafle ryżowe. W drodze na start zalałem jeszcze wszystko pysznym i nieziemsko słodkim sokiem z wiśni 🙂 .
Na miejscu 500 m rozgrzewki, 5 wymachów nogą, odprawa i trzeba było zbierać się do biegu. Start o godzinie 8:00. Wszystko w kameralnej prawie rodzinnej atmosferze 🙂 . Chwilę przed biegiem miałem przyjemność poznać Wiolettę Paduszyńską z którą biegłem na Florydzie.
Wystartowaliśmy. Początek niemrawy noga za nogą, ale jednak chciałem biec minimum 3’50”/km. Setkowicze to wiadomo – musieli zacząć wolniej. Pierwsze okrążenia łatwe i przyjemne.

Tempo jak na rozbieganiu – źródło festiwalbiegowy

Po 10 tym kilometrze zacząłem się zastanawiać – trzymam w miarę równe tempo a gps wskazuje duże różnice. Okazało się, że w tych drzewach gps (przynajmniej ten w wydaniu garmina) to ostatnia rzecz na której należało polegać 🙂 . Była zatem prawdopodobnie pierwsza dyszka młócona w okolicach 3’45”/km albo szybciej. Pomimo, że tempo było komfortowe to po przeliczeniu tego tempa lekko zwolniłem. Miałem delikatny respekt do tych warunków, chociaż w porównaniu z Florydą to jednak lajcik. Powietrze lekkie, mało wilgotne i brak bezpośredniego słońca.
Kontynuowałem spokojnie bieg, tym razem starałem się mierzyć międzyczasy okrążeń. Lekko powyżej 1500 m czyli każde okrążenie trzeba było biec w 6 minut – to było tempo na lekko poniżej 4’/km.
Niestety Annę trudziłem często, mniej więcej co drugie okrążenie. Pić się chciało niemiłosiernie – wcześniej myślałem, że lepiej będę znosił tę temperaturę. Zmęczenie mięśniowe nie nadchodziło,  innych problemów też brak. W końcu ten problem z poprzednich biegów z kłuciem w boku też ogarnąłem. Dublowałem zawodników i to mnie napędzało, cały czas coś się działo na trasie, non stop wyprzedzanie. W pewnym momencie biegły już trzy grupy: bieg 48 h, 100 km a od godziny 10:00 wystartował bieg na 50 km.

Maraton śmignął gładko, nie wiadomo w jakim czasie 🙂 . Jeśli chodzi o międzyczasy to nie mam z tego biegu żadnych wiarygodnych danych. GPS na mecie pokazał 62,7 km czyli pomyłka o 7,3 km. Po około 3,5 godzinie walki zacząłem odczuwać już lekkie znużenie. A to zapominałem złapać międzyczas na kolejnym okrążeniu, z kolei jak złapałem to nie za bardzo pamiętałem ile mam od niego odjąć. No takie dziwne historyje które chyba są wytłumaczalne zmęczeniem i upałem 🙂 . Trudno było mi nawet ustalić ile dystansu już przebiegłem. Szacowałem swoje średnie tempo na 4’/km żeby było łatwiej liczyć. Z tego wychodziło że po 3,5 godzinach biegu mam ponad 52 kilometry w nogach. No to już jakieś zmęczenie można poczuć 🙂 . Zostało niecałe 18 kilometrów do mojej mety czyli 12 okrążeń. To naprawdę niewiele, chociaż na zmęczeniu trochę inaczej się to odbiera 🙂 . Śmignęły te okrążenia zanim przyszło mocniejsze wyczerpanie. Zakończyłem ten znakomity trening lekkim finiszem zaliczając kolejną żywą 70-tkę na swoim koncie.
Na mecie podziękowania za pomoc dla Ani 🙂 i wróciłem się do hotelu żeby się pozbierać.

Ania Wieczorkowska we własnej osobie 🙂

Po drodze do hotelu, wizyta w supermarkecie – 4 jogurty na przyspieszenie regeneracji 🙂 . W hotelu trochę się ogarnąłem, spakowałem w drogę powrotną, uciąłem kilkunastominutową drzemkę i wróciłem na bieg kibicować mistrzom. Przyjechałem akurat na finisz Piotrka Stachyry – Wicemistrza Polski. Mistrz – Damian Kaczmarek już świętował na mecie. Zamieniłem kilka słów ze zwycięzcą i zawinąłem się w drogę powrotną. Trzecie miejsce na podium zajął Kamil Niedźwiadek.
Wśród pań wygrała Paulina Janik przed Wiolettą Paduszyńską i Joanną Lorenc.

Mistrz Polski na 100 km – Damian Kaczmarek

Podsumowanie

Średnie tempo mojej kolejnej 70- tki to 4’07”/km. Może nie jest ono rekordowe, ale uzyskane na znikomym zmęczeniu. Tak było też podczas Supermaratonu w listopadzie (tam było 4’03”/km). Dużo jest tutaj jeszcze zapasu pod butem nawet z tego mizernego treningu. Spróbuję znaleźć więcej kilometrów na jesieni 🙂 i pobiec coś na poważnie.
Po raz kolejny przekonałem się, że chyba lubię biegi ultra 🙂 . Trud jest, ale to jest innego rodzaju zmęczenie niż np. w półmaratonie czy maratonie. Wszystko polega na odporności mięśni i mocnej głowie. Jak jest lekko trudniej to trzeba to przetrzymać 🙂 .

Raczej nie będę biegł ponownie treningowej 70-tki. Co miałem przetestować to przetestowałem. Czas na pełen dystans. Trening pod setkę wydaje się banalnie prosty – muszę lekko zwiększyć kilometraż, bo z treningu maratońskiego oznaczałoby to zbyt duże cierpienie na końcówce. A przecież biegam dla przyjemności 🙂 . Muszę się jeszcze oswoić z tym, że na 80-tym może 90-tym kilometrze jakiś kryzys jest nieuchronny i nie da się go uniknąć jednocześnie walcząc o przyzwoity czas.

Niestety 100 kilometrów po płaskim to jest ciężka i niezbyt zdrowa konkurencja 🙂 . Pracują cały czas te same partie mięśni, inaczej jak podczas biegów górskich. Już dystans maratoński jest dużym wyzwaniem dla organizmu. Oczywiście ja tego trudu nie odczuwam w żaden sposób 🙂 , ale znane są mi historie tzw. pseudo-żelaznych organizmów i wolę tego na sobie już nie powtarzać 🙂 . Świadomość tych rzeczy lekko blokuje mnie przed mocniejszym bieganiem na takim dystansie – popracuję nad tym jeszcze bo może da się ugrać jakiś kompromis 🙂 .
Na koniec – przede wszystkim gratulacje dla zwyciężczyń i zwycięzców! Podziękowania dla uczestników na trasie za kibicowanie i ustępowanie miejsca podczas wyprzedzania. Organizatorom gratuluję znakomitej imprezy. Chętnie wrócę za rok tylko zróbcie proszę coś z tą temperaturą! 🙂

 

2 komentarze

  1. Widziałem, kibicowałem i mam pytanie: bieg wyglądał jakbyś oddychał tylko przez nos, czy może to tylko tak wyglądało? 🙂

    Dystans, który przebiegłeś to 69.3km (4:46:29) – początkowy błąd w wynikach, które były wyświetlane były spowodowane tym, że system Wasz dobieg policzył jako pełne okrążenie, a nie ~200m dobieg i dlatego w pierwszej wersji wyników wszyscy mieli dystans 101.xx km i 66okrążeń. Teraz już widzę, że są poprawione wyniki do pełnych 100km i 65okrążeń

  2. Cześć aaby 🙂 – dzięki za doping skoro był. Oddech przy takim tempie jest rzeczywiście chwilami nawet przez nos, w ultra to raczej zmęczenie mięśniowe/znużenie jest wyzwaniem. Tempo było niewiele wyższe od mojego tzw BC1 więc wiesz jak jest 🙂
    A z tymi błędami w pomiarze to słyszałem ale o te 700m to juz nie będę się upominał czy coś 🙂 za rok dokręcę 1km więcej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: