6 godzin Pełnej Mocy – relacja

     Zaczęło się niewinnie. Był piątek połowa maja 2020. Sączyłem popołudniową kawkę i jak zwykle zagryzałem trzema grześkami bez czekolady 🙂 Plumka do mnie Paweł Żuk z propozycją wystartowania w biegu. Podaje szczegóły – bieg 6-cio godzinny na bieżni, na stadionie, w sobotę 6-go czerwca w Warszawie. Hmm, zaraz, zaraz ileee?? 🙂

Z drugiej strony to jakiej propozycji dystansu można się spodziewać od Pawła, przecież On ma wszystkie progi poprzesuwane żeby nie powiedzieć rozregulowane 🙂  Te 6 godzin to i tak mały rozmach, pewnie bardzo się hamował 🙂


Ale czytam co do mnie pisze. Odpisuję – nie no spoko, fajny pomysł i w ogóle. Ja jestem niecałe dwa tygodnie po dosyć wymagającym treningu. W ramach Wingsa przytuliłem ponad 67 km średnio po 3’40”/km. Dwa tygodnie wcześniej wszedł w nogi, żywy treningowy półmaraton zaledwie 2 minuty gorszy od życiówki (1h12′). Jeszcze tydzień wcześniej zaczynałem od treningowego maratonu. Ten z kolei pobiegłem 5 minut gorzej od życiówki, dokładnie w 2h29′. W sumie, w niecały miesiąc przebiegłem 130 srogich kilometrów. No Paweł kolego, super ta twoja propozycja 🙂 muszę chwilę pomyśleć. Pytam dla formalności o szczegóły. Coś tam do mnie pisze. Idę po drugą kawę i dziwnie zaczynam tę „ofertę” rozważać. W końcu piszę – bierz mnie pod uwagę na 95% 🙂

I tak oto wsiadłem do pociągu pt. nowa życiówka 🙂 No tylko jeszcze wtedy nie wiedziałem co to za pociąg.

Paweł Żuk – organizator zawodów

Miesiąc na regenerację po przebiegnięciu 67 kilometrów w żywym tempie to dla mnie bardzo mało. Mam tu na myśli nie takie odczuwalne zmęczenie a bardziej logiczno-teoretyczno-zdroworozsądkowe 🙂 podejście. Kiedyś po maratonie dochodziłem do normalności kilkanaście dni. Teraz wiem, że jest dużo lepiej. Po Wingsie zrobiłem sobie tylko jeden dzień odpoczynku, ale czy aż tak często te ultra biegać to nie byłem do końca przekonany. Z drugiej strony pojęcia ultramaraton i zdrowy rozsądek mają ze sobą mało wspólnego.

Treningowo

     Po Wings – tak jak już wspomniałem – zrobiłem dzień wolnego i potem wpadały jedynie luźne dyszki. Założenie było takie, że trzeba zrobić mini roztrenowanie a tutaj taki zwrot akcji. Miałem teraz 3 tygodnie do startu, trzeba było w krótkim czasie podbić na nowo formę, ale tak, żeby dać jeszcze czas na regenerację. Oczywiście nie zakładałem biegu przez 6 godzin no ale przez 4 godziny już tak.
Zdążyłem zrobić dwie mocniejsze jednostki w tym półmaraton w tempie 3’30”/km. Uznałem, że bardziej nie ma się co przeciążać. Zostały dwa tygodnie na bieganie w tlenie. Zszedłem z moim tygodniowym kilometrażem do 60 km i się regenerowałem. To jest tak, jak dzień przed maturą – już więcej się nie nauczysz a przynajmniej jest szansa wypocząć 🙂

A z tymi zawodami – wiecie, jak to jest, kiedy się nie nastawiasz na mocne bieganie. Coś tam wyluzujesz na treningach, ograniczysz sobie jedną czekoladę w przeddzień biegu 🙂 ale nie ma specjalnej atmosfery, jakiś wielkich emocji. Ot taki dłuższy trening. W piątek, w przeddzień startu, zażyczyłem sobie na obiad makaron – no niech będzie dla formalności ten carboload. Hanna przygotowała mi litr izotonika, ja ogarnąłem buty i spodenki. Wieczorem dałem sygnał dziewczynom, żeby z sobotnim obiadem raczej na mnie nie czekały. Co najwyżej zaczekajcie z poobiednim deserem. Dałem linka do transmisji live no i nara 🙂

W drodze na stadion ułożyłem w głowie mini plan na bieg. Trudno mi było sobie wyobrazić, żeby biegać 6 godzin. Do tej pory mój maksymalny wysiłek to lekko ponad 4 godziny. Miałem świadomość komfortu biegu po pętli – mogłem w każdej chwili zejść. Pomyślałem, że jak będzie zbyt trudno to założę T-shirt i wrócę do domu jeszcze wcześniej – zero ryzyka.

KS Polonez

     Sobotni poranek był nieco inny niż przed moimi startami w maratonach. Po pierwsze, start był o 8:00 a nie jak to zwykle bywa o 9:00. Dwa, to musiałem jednak karnąć się ponad 20 km na Tarchomin. Czasu rano jest jak zwykle mało. Miska płatków śniadaniowych, zapiłem to herbatą. To jedyne co udało się chwycić, a i tak jakoś nie czułem głodu. W drodze wypiłem pół butelki izotonika i byłem gotów.
Na miejscu Paweł załatwił dla uczestników biegu parking podziemny, dedykowane wsparcie wolontariuszy – no ZŁOTY CHŁOP!!! 🙂
Wszystkie te logistyczne tematy zajęły dużo czasu stąd reszta była już w półbiegu. Odebrałem pakiet, skoczyłem do szatni gdzie poznałem Rafała Kota. Zasypałem go pytaniami 🙂 po czym się złapałem na tym, że może – w odróżnieniu ode mnie – niektórzy potrzebują jakiejś chwili koncentracji przed startem. Dałem mu spokój 🙂
Poznałem Mariusza Mówińskiego, który miał pomagać podczas wyścigu Rafałowi i mnie. Rozejrzałem się po stadionie i kojarzę dosłownie dwie osoby – Dominikę Stelmach i Pawła Żuka 🙂

Czas pędzi jakby dwa razy szybciej, na rozgrzewkę już nie ma czasu. Przebiegłem 200m, zrobiłem 3 wymachy, 2 przysiady i już Paweł nas woła. Mini wykład o zasadach biegu i lecimy.

Cel – maraton

     To jak biegać maratony mam prawie w małym palcu 🙂 Najpierw lecę luźno pierwszą dyszkę, potem trzymam tempo lub lekko przyspieszam, ale tak, żeby być świeżym na półmetku. Mniej więcej od 25-27 kilometra zaczynam mocniej zwracać uwagę na tempo. Jest już lekki trud i może tutaj wpaść jakiś słabszy kilometr. Od 30 km zaczynam już bez żartów mocniej pracować. Po 37 km zalewam luki torpedowe i czekam na ich uzbrojenie 🙂 Niezwłocznie odpalam wszystko na koniec. No po prostu banał 🙂

     Ale w ultra przebiegnięcie maratonu to w zasadzie aperitif. To dystans na mocne rozgrzanie podzespołów 🙂 Tutaj najtrudniejszym jest umiejętność przekonania samego siebie, że po 42. kilometrze wyścig będzie się dopiero powoli rozkręcał. Nie wolno być wtedy jeszcze zmęczonym 🙂 Teraz ponownie dostrzegam tę dychotomię tzn. z jednej strony jadąc na te zawody nie biorę pod uwagę, że będę biegł 6 godzin, ale z drugiej strony mój plan przewiduje jakieś srogie kilometry. Może w tym jest klucz – rozproszenie swojej uwagi na różnych rzeczach tak, aby nie skupiać się na tym absurdalnym czasie wysiłku.

     No i zacząłem z takim właśnie celem, bez skupiania się na między-czasach i bez ścigania się. Oby do 42. kilometra 🙂
Większość zaczęła spokojnie. W porównaniu ze mną to baaardzo spokojnie. Ale podejrzewałem, że to są doświadczone ultramaratonki i ultramaratończycy. Biegłem z takimi postaciami:

Patrycją Bereznowską, Dominiką Stelmach, Mileną Grabską-Grzegorczyk, Hanna Nejfeld, Natalia Tejchma, Monika Gańska-Karamon

Wśród Panów wspomniany już wcześniej

Rafał Kot i dalej Karol Grabda, Przemek Ruta, Przemysław Basa, Lecho Achilles Małyszek, Daniel Walczak, Damian Falandysz, Adam Jagieła, Jakub Śleziak, Norbert Marczuk

Obstawiałem, że wszyscy z co najmniej jednym startem 100 km a nawet dłuższym na koncie. Skupiam się jednak na sobie, przez pierwsze okrążenia patrzę na zegar zawieszony na linii startowej. Jest tak duży, że ściąga moją uwagę za każdym przekroczeniem mety.

     Każde okrążenie lecę równo po 90 sekund. To daje tempo 3’45”/km. Po którymś okrążeniu tracę rachubę, szkoda to przeliczać, za dużo tego. GPS po kilku okrążeniach też się pogubił. Dolicza za każdym kółkiem dodatkowe metry przez co międzyczasy wychodzą coraz wcześniej w stosunku do linii na tartanie. Dubluję pierwszych zawodników, ale tego się spodziewałem. Przecież jak zwykle wszystkie swoje ultramaratony zaczynam jakbym się gdzieś spieszył 🙂 ale tej taktyki na razie nie zmieniam. Zadumałem się trochę bardziej gdy pierwszy raz zobaczyłem przed sobą Dominikę. Byłem już na 18. okrążeniu i innych mijałem już po kilka razy a Dominikę pierwszy raz. Widać więc, że zaczęła mocnym tempem. Licząc to na szybko to jeśli ja miałem tempo powiedzmy 3’48”/km to Ona musiała biec około 3 sekund wolniej czyli 3’51”/km – skubana 🙂

     Po kilkunastu okrążeniach już co chwila kogoś wyprzedzałem. Na prostych nie było problemu, ale na wirażach oczywiście nadrabiałem. Nie czułem, że jest to wielki problem, bo przecież nie było dla mnie istotne każde 100m.

Na zdjęciu: Grabda Karol – ten kolega zwalniał mi pierwszy tor za każdym dublem! Brawa i dziękuję!

     Wyszło słońce, wiatr przybierał na sile. Na prostej startowej tam, gdzie mieliśmy rozstawione stoliki z piciem wiało prosto w twarz. Za każdym kółkiem czułem, że tracę tam siły, tempo oczywiście spadało. Zapowiadało się, że będzie z tym słońcem i wiatrem coraz gorzej. No ale w takich sytuacjach powtarzam sobie „no i co zrobisz jak nic nie zrobisz 🙂 „. Biegłem dalej. Półmaraton minąłem po około 1h i 19 minutach. Piłem mało, za mało – po prostu czułem, że jestem pełen. W sumie nie wiem po czym, chyba nie po misce płatków.

     W uszach miałem słuchawki – to taka strategia, żeby zająć głowę w pierwszej części dystansu. Wpadłem w dobry rytm, okrążenia mijały nawet znośnie. Tuż za linią startu mieliśmy do dyspozycji duży telewizor, na którym dynamicznie zmieniały się nasze wyniki. Była wyświetlana m. in. ilość zaliczonych okrążeń i przebyty dystans. To rzeczywiście pomagało chociaż zegar przerzucał te sekundy tak wooolno – prawie uwierzyłem, że jest zepsuty 🙂 Tutaj bez względu jak szybko lecisz – zawody trwają 6 godzin. Nigdy tak nie biegłem i chyba nie przypadło mi to do gustu 🙂

     Coś się napiłem, zawalczyłem ponad 100 razy na prostej z wiatrem i wpadł maraton. Czas akceptowalny – 2h 40′ (3’48”/km 15,8 km/h), 8 minut wolniej niż podczas szarży na Wingsie. Zmęczenie nieporównywalnie większe w stosunku do tego sprzed miesiąca. Jednak wiatr i słońce zyskiwały coraz większą przewagę a ja nie miałem pomysłu jak zmniejszyć ich atuty. Zjadłem żel, bardziej z rozsądku niż z potrzeby jedzenia czegokolwiek. Wypiłem na siłę trochę izotonika, zacząłem się też chłodzić wodą.

Początek ultra

Następnym moim przystankiem po maratonie naturalnie stał się 50-ty kilometr. Realnie brałem pod uwagę wcześniejsze zakończenie biegu no tylko jakoś za 50-tką. Tempo minimalnie spadło, ale wtedy tego nie dostrzegłem – coraz rzadziej to sobie przeliczałem i biegłem typowo na wyczucie. Cały czas dublowałem innych, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że pomimo trudu sytuacja nie jest zła. Innymi słowy – jest nadal dobrze. Na 50. km zaplanowany był dodatkowy pomiar czasu – wbiegłem z czasem 3 h 11 minut. Jak się potem okazało, to był najlepszy wynik w historii w Polsce na tym dystansie uzyskany na bieżni 🙂 Nie ma co – pojawia się słowo „najlepszy” więc trzeba się cieszyć. Obiektywnie rzecz biorąc miesiąc wcześniej po drodze w Wings miałem międzyczas na 50. km równe 3 godziny (3’37”/km). Czyli teraz szału nie było. To i tak tylko wynik po drodze na dłuższym dystansie, z którego można spokojnie urwać srogie minuty. Prawdziwy rekordzik na 50 km o który można by zawalczyć należy do Janusza Sarnickiego (2h 53 min. – 3’28”/km). Może kiedyś będzie okazja się z tym czasem zmierzyć.
Oczywiście w tym momencie oceniłem mój międzyczas jako słaby. Pamiętałem ten z Wingsa, który był o 11 minut szybszy. Miałem w nogach 125 okrążeń i baaaardzo czułem już te okrążenia. Teraz na prostej pod wiatr stawiało mnie mocno do pionu, to efekt braku sił i chyba jeszcze silniejszego wiatru. Na drugiej prostej z wiatrem, teoretycznie powinno być lepiej. Ale tam z kolei było za goooorącoooo 🙂 Tak to jest jak jest duże zmęczenie – wtedy wszystko jest nie tak.

Mariusza Mówiński – pomagał mi na tych 213 okrążeniach. Dziękuję!

     No nic – trochę się użalam, narzekam, ale biegnę cały czas dalej. Przecież każda sekunda przybliża mnie do końca wyścigu. Tylko jak na moje oko zbyt wolno. Już czuję łydki – podobnie jak podczas Wingsa to jest moje najsłabsze ogniwo. Co jakiś czas mocny skurcz zniechęca mnie do biegu w normalnym rytmie. Staram się biec mniej dynamicznie tak, żeby jak najmniej używać łydek. W efekcie biegnę już na całej stopie a nie na śródstopiu jak to było na początku. Zbyt wcześnie te partie nóg zastrajkowały. Trochę to analizuję i ewidentnie nie przygotowałem się na ten upał. Co prawda popijałem izotonik regularnie, ale zbyt mocno się pociłem, żeby to wszystko zbilansować. Zatrzymałem się przy stoliku i wziąłem magnez. To oczywiście nic nie zmieniło.

     Każde następne okrążenie wyglądało dla mnie słabo. Dopiero pisząc to widzę w garminie, że pomimo trudu nadal jeszcze udawało się trzymać tempo poniżej 4min/km. Patrzę co jakiś czas na telewizor – widzę, że za chwilę minę 60-ty kilometr. Jeśli chodzi o moją przewagę nad rywalami to jest duża, kilka okrążeń. Zbyt krótko widzę ekran, żeby to dokładnie dostrzec i przeanalizować.  Z drugiej strony wiem, że nie ma co wnikać, najlepiej biec swoje i nie zawracać sobie głowy szczegółami. Podświadomie, duża przewaga trochę zniechęca mnie do mocniejszej walki. Mija 60-ty kilometr. Już jestem gotów, żeby finiszować i kończyć te męczarnie. Jak tak dalej będzie to za chwilę moja technika przestanie w ogóle przypominać bieg 🙂 Ale zegar jest nieubłagany – 3 h 52 minuty – toż to jeszcze ponad 2 godziny biegu! No jak? Nie dam rady 🙂
Krzyczę do Pawła: „Następnym razem piszę się, ale na bieg max. 5-godzinny. 6 to już jest przesada!!!

     Nieznacznie mi pomaga to, że widzę trudy wyścigu także u innych. Ciężko jednak czerpać moc z niemocy innych. Moje łydki na pewno tego nie opanowały 🙂 Biegnę, bo widzę, że udaje się nadal kogoś dublować. Mijam 67, 70 i w końcu 72 kilometr, czyli mój dotychczasowy najdłuższy dystans jaki przebiegłem za jednym razem. No i co – jest życiówka! To tyle z dobrych wieści, więcej dobrych nie ma 🙂 Są już tylko te złe. Mam wrażenie, że teraz biegnę jak wyprostowany drąg prawie szurając po tartanie. Każdy większy ruch powoduje skurcz mięśni i to już nie tylko na łydkach, mam skurcze w obrębie mięśni brzucha 🙂 To dla mnie nowość, bo tak jeszcze nie miałem. Schylam się i próbuje na postoju rozmasować łydki kostkami lodu. Jest jakby lepiej, ale ledwo się wyprostowałem i łapie mnie mocny skurcz w brzuchu. Lepiej się już nie będę schylał 🙂


Dawno już odpuściłem jakiekolwiek ściganie. Teraz jednak stawiam sobie ultimatum: biegnę i maszeruję na zmianę na tyle na ile się da. No dobra, ale przecież tutaj jest jeszcze ponad godzina krążenia 🙂 Prosto to sobie tłumaczyć siedząc w fotelu, ale będąc na 70. kilometrze nie jest to wcale takie łatwe.
Zaliczam kolejne kółka. Jak się okazało, na tych oparach z problemami mięśniowymi robię jeszcze blisko 35 okrążeń 🙂 Więcej tutaj marszu niż biegu, ale dystans mija.

     Pod koniec biegnę już drugim torem, dostaję jakieś duble od doświadczonych ultrasów. Szczególnie dobrze wyglądają Basa Przemysław i Małyszek Leszek. Ten ostatni to w zasadzie wygląda jakby biegł non stop w tym samym tempie.
Na minutę przed końcem dostajemy sygnał dźwiękowy od sędziego. O rany – to już?? 🙂 ależ doskonale – dałem radę!!! Lekko się zbieram, nawet udaje się żywo ruszyć i za chwilę kończę męczarnie. 6 godzin biegu zaliczone, w sumie przebiegłem 85,2 km – mój nowy rekord i pierwsze miejsce w zawodach.

Euforia biegacza

     To co czułem po biegu inaczej niż „euforią biegacza” trudno mi wytłumaczyć. Przed momentem łapały mnie skurcze dosłownie wszędzie 🙂 Byłem wyczerpany i zniechęcony nawet żeby maszerować. Na prostej pod wiatr chciało mi się prawie płakać. Bieg się kończy, biorę kilka łyków wody i czuję się świetnie! Nogi oczywiście trochę bolą, mam w końcu w nich ponad 85 km, ale nie czuję dużego wyczerpania. To zmęczenie mięśniowe nie pozwoliło mi się aż tak zmęczyć wydolnościowo. Najistotniejsze jest to, że padła kolejna granica. Od teraz 85 km dla mnie nie jest już jakimś wyzwaniem 🙂 – tam już przecież byłem.

Dekoracja, wspólne foty (kilka poniżej) no i po zawodach. Jeszcze trzeba wsiąść w samochód i dojechać do domu. Po takiej imprezie jeszcze nie jeździłem samochodem 🙂 ale jak się okazało, jakiekolwiek obawy były zupełnie nieuzasadnione. Dotarłem bez problemu.

Z Dominiką

Z Mariuszem

Z Patrycją

Z Pawłem

Z Rafałem

Wnioski

     Mam na koncie 15 maratonów i 7 biegów ultra. To jest niesamowite, ale po każdym starcie mam garść wniosków co mógłbym zrobić lepiej. Ja się coraz bardziej zastanawiam jak ja te pierwsze maratony i ultra w ogóle przebiegłem bez obecnych doświadczeń 🙂 Po tym biegu nauka na przyszłość jest taka:

Bądź przygotowany na przebycie pełnego dystansu nawet jeśli początkowo zakładasz, że będziesz biegł tylko jego część.
Chodzi o to, że pojechałem tam z małymi oczekiwaniami wobec siebie. Niepotrzebnie założyłem sobie przed biegiem, że jadę się tylko trochę zmęczyć. Przez to nie przygotowałem się pod kątem odżywiania. Tak długiego wysiłku nie da się lecieć na jednym żelu i izotoniku. Niby już to wiedziałem po Wingsie, ale tamto doświadczenie było zbyt mało traumatyczne 🙂 żeby to do mnie dotarło.

Traktuj każde zawody poważnie, wtedy jest szansa na maksymalizację zysków w postaci zdobytego doświadczenia
Trochę muszę uderzyć się w pierś i przyznać, że nie przyłożyłem odpowiednio dużej wagi do tego startu. Myślałem, że to będzie trochę forma zabawy. Coś co przypomina mocniejszy trening w dobrym towarzystwie. Gdy dojechałem na miejsce i zobaczyłem jak to Paweł wszystko profesjonalnie zorganizował, to lekko mnie onieśmieliło. Z takim doświadczeniem tego typu błędy nie powinny mi się już zdarzać. Zdecydowanie powinienem poświęcić dłuższą chwilę, żeby to sobie na spokojnie zaplanować. Była szansa na zrobienie dużo lepszego wyniku.

Ogarnij w końcu odżywianie w ultra!
Po co to piszę? Przecież to doskonale wiem 🙂 ale po Wingsie nie napisałem i NIC z tym nie zrobiłem. Od teraz na każde 15km obowiązkowo zapakuję jeden żel. Nie będę się zastanawiał czy go zjem, czy cokolwiek innego. Biorę i tyle! 🙂

Popraw swoje najsłabsze ogniwo – łydy
No to jest teraz podstawa u mnie, zapanować na tą częścią ciała która wszczyna burdy i sabotuje moje przedsięwzięcia. Albo się podporządkują i będą robić co ja chcę no albo się rozstaniemy 🙂 To co lekko je broni to fakt, że dostały mało żarcia w postaci węglowodanów i elektrolitów. Druga sprawa – miały tylko miesiąc na regenerację po Wingsie – z drugiej strony inne człony jakoś się zregenerowały więc się da 🙂 Generalnie ten punkt jest do ogarnięcia na cito! 🙂

     Jeśli chodzi o same zawody i ich organizację to naprawdę ciężko jest tutaj wskazać co można było zrobić lepiej. Jedyna rzecz, która od razu była omawiana to godzina rozpoczęcia zawodów (zakładając że ponownie Paweł to zorganizuje w czerwcu). Tutaj można by przesunąć start na godzinę 17 lub 18-tą. Wtedy wraz z pojawianiem się trudu pogoda by się poprawiała – chodzi o temperaturę. Oczywiście mowa o prawdopodobieństwie, bo z pogodą nigdy nic nie wiadomo.
Jest też minus biegania w kółko po 400 metrowym okrążeniu. Dla mnie nie jest to problem, ale słyszałem, że niektórzy mocniej tę niedogodność odczuli.

Na koniec ogromne podziękowania dla Pawła za zaproszenie i organizację biegu, dla Mariusza za pomoc na tych 200 kilku okrążeniach i dla wszystkich uczestników za wspólną rywalizację!

     Teraz odpoczywam, tzn. trenuję na 65-70% mocy, daję ciału odetchnąć. Od 1 lipca ruszam trochę mocniej z przygotowaniami by już 11 lipca pobiec maraton organizowany także przez Pawła Żuka na Młocinach. Oczywiście będę biegł treningowo. Paweł z kolei biegnie swój 200 maraton 🙂
Podstawa to wyciągnąć wnioski przed następnym ultra i w końcu pobiec coś przyzwoitego – ale no stress, dopiero się rozkręcam 🙂
Pozdro!

Jeszcze trochę statystyk z mojego biegu:

Poszczególne międzyczasy (z oficjalnego pomiaru)

▶️10 km – 38’00’ (3’48”/km)
▶️20 km – 1h15′ (3’47”/km)
▶️30 km – 1h54′ (3’48”/km)
▶️40 km – 2h32′ (3’49”/km)
▶️42,2 km – 2h40′ (3’48”/km) – 15,8 km/h 🤨
▶️50 km – 3h11′ (3’49”/km)
▶️60 km – 3h52′ (3’52”/km)
▶️70 km – 4h36′ (3’57”/km)
▶️85,2 km – 6h00′ (4’13”/km) – 14,2 km/h 

Przed 60. km zaczęły się problemy z łydkami a tym samym skończyło się jakiekolwiek ściganie
Straciłem na wadze 5,5 kg
Wypiłem 900ml izotonika i 300ml cocacoli
Zjadłem jeden żel
spaliłem ok. 6000 kcal
Przypadkowo pobiłem REKORD 🇵🇱POLSKI🇵🇱w biegu na 5️⃣0️⃣km na bieżni 🤩🤩🤩
Pobiłem swój rekord życiowy „najdłuższy dystans” o 13km (72->85)
Przebiegłem w sumie 213 okrążeń na stadionie
W pierwszej połowie dystansu przesłuchałem dwa audiobooki
Mam zdjęcie z Patrycją Bereznowską, Dominiką Stelmach, Rafałem Kotem i Pawłem Żukiem 🇵🇱🤩

 

Pełne wyniki zawodów:

 

 

Summary
Event
6 godzin pełnej mocy
Location
Warszawa,

4 komentarze

  1. Jak zwykle świetnie się czytało :)Kurczę po Twoich relacjach relacjach z biegów ultra wydaje się,że wytrzymałościowo jesteś niezniszczalny.. Jak jeszcze odżywianie ogarniesz to będą same rekordy padały. Powodzenia !!

  2. Gratulacje!
    Można powiedzieć, że pozamiatałeś na bieżni i to tak bez zbytniego przygotowania.
    Ci wszyscy „Ultrasy” mogą Ci bidony podawać.
    Powodzenia i oby tak dalej
    Pozdro

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: