Supermaraton Stulecia – relacja

Biegów ultra na swoim koncie nie mam zbyt wiele, jednak ten zdecydowanie był dla mnie najłatwiejszy. Biorąc pod uwagę jak mało mnie to kosztowało wysiłku utwierdziłem się w przekonaniu, że najlepsze ultramaratony dopiero przede mną 🙂 

      O założeniach i wątpliwościach związanych z tym biegiem pisałem wcześniej. Generalnie zaczęło się od średniej maratońskiej formy. Udało mi się z tego nabiegać 2h 29 min w Maratonie Warszawskim. Zrobiłem to treningowo stosunkowo niewielkim nakładem sił. Po maratonie mocno improwizując wykonałem szlif treningowy pod ultra. Było na to w sumie 3,5 tygodnia, ale tak naprawdę mocne bieganie trwało dwa tygodnie. Do ostatniej chwili odciągałem decyzję czy jeszcze startować czy zaczynać roztrenowanie. Ostatecznie wszystko zagrało i stanąłem na starcie.

Sobota – rano

      Nie jestem rannym ptakiem więc nie muszę pisać jak przyjąłem godzinę startu, którą ustalono na 8:00. Z drugiej strony sam sobie ten start wymyśliłem, więc nie ma co szukać winnych bo mogłem nie startować 🙂 . Wstałem o nieludzkiej porze czyli 5-ta z minutami i chwilę po godzinie 7. razem z Dariuszem Korzeniowskim zameldowaliśmy się na warszawskim AWF. Dariusz zgodził się wspierać mnie na trasie za co jestem mu bardzo wdzięczny! 🙂 . Z drugiej strony to co lepszego można robić w wolną sobotę od 6:30 do 15-tej 🙂  .

      Na terenie AWF o tej porze wszystko wyglądało trochę przygnębiająco. Gęsta mgła, wilgotno i zimno – jakieś 6 stopni. Nic tylko ubrać krótki rękaw i biegać 🙂 . W miarę upływu czasu coraz więcej zawodników snujących się w ortalionach pojawiało się w okolicach pomnika Piłsudskiego. Tam było zaplanowane otwarcie zawodów – Supermaratonu Stulecia oraz rozgrywanych w ramach tego Mistrzostw Polski na 100 km. Osobistości na otwarciu były zacne m. in. Wanda Panfil, Jerzy Skarżyński, Zbigniew Król (trener Adama Kszczota),  Jan Huruk.
Odśpiewaliśmy hymn Polski, wspólne zdjęcie i zostało już tylko grzać się do biegu. Prawie zamarzłem na tej uroczystości więc moja rozgrzewka była mocna, coś jak pod start na 800 metrów 🙂 Nadal się jednak nie rozbudziłem.

Za mną przyszła rekordzistka Polski na 100 km Małgorzata Pazda-Pozorska (8h 05min)

Trasa – przypomnę – wytyczona na 1500 metrowej pętli. Aby przebiec 100 km wystarczyło 65 takich okrążeń, ja się nastawiłem tylko na 47 .
W okolicach startu dopiero zobaczyłem ile nas będzie biegło. Jakoś trudno było mi sobie wyobrazić ten tłum na trasie a przecież wiedziałem że będą dublował. Trzeba jednak zawsze mieć nadzieję że jakoś się to wszystko ułoży 🙂 .

Garstka biegaczy na starcie 🙂

    Byłem gotowy, nadal ziewający ale chciałem już biec bo marzłem. Chyba jako jedyny w koszulce tak wygogolony – co to ja jestem osobnikiem ciepłolubnym. Niektórzy ubrani w bluzy, inni w ortalionach. Ale nie przejmowałem się tym. W dowolnym momencie mogłem się zatrzymać i założyć coś cieplejszego – taka była zaleta tej trasy.

Z przodu ustawili się zawodnicy startujący w Mistrzostwach Polski na 100 km. Ich punktem rozpoznawczym było posiadanie numeru z przodu i z tyłu. Reszta miała numer tylko z przodu. Rzuciłem okiem czy kogoś znam – nikogusieńko nie kojarzę 🙂 . Normalnie jakbym znalazł się na zawodach wędkarskich 🙂 lub z jakiejś innej branży. Po biegu nadrobiłem trochę te braki a biegłem z nie byle kim m. in. z rekordzistką Polski: Małgorzatą Pazda-Pozorską i Patrycją Bereznowską znaną z biegów 24-godzinnych.
Ustawiłem się lekko z tyłu, żeby nie przeszkadzać harpaganom z czołówki. Oni mieli liczony czas od strzału startera, reszta od momentu przekroczenia linii startu. Zanim wystartowaliśmy zdążyłem już porządnie zmarznąć i zgłodnieć. Zapasów na stoliku miałem jednak tyle, że mógłbym biegać tam cały dzień. Zabrałem na te zawody wszystkie żele jakie miałem w domu, prawie 2 litry izotonika i litr odgazowanej coca coli.

Nareszcie biegniemy

W końcu ruszyliśmy. Początek niemrawy, wszyscy tak jakby się dopiero dogrzewali, nie było czuć żeby ktoś się specjalnie spieszył.

      Ja chciałem standardowo rwać do przodu jak na maratonie. Przebijałem się powoli do czuba i po kilkuset metrach slalomu widziałem już przed sobą czołówkę m. in. Piotra Stachyrę – aktualnego Mistrza Polski na 100 km. Może nie kojarzyłem go z nazwiska ale sylwetkę skojarzyłem 🙂 . Dogoniłem go, zamieniliśmy kilka zdań. Dałem znać, że biegnę niepełny dystans tj. okolice 70 kilometrów. Nie chciałem żeby chłopaki sugerowali się mną i zmieniali wcześniej zaplanowaną taktykę. Ta informacje im się należała 🙂

Jeszcze przez chwilę biegliśmy razem, do momentu minięcia pierwszego kilometra – czas 4’08”. Oczywiście nie zamierzałem biec takim tempem. Chwilowo się pożegnałem z chłopakami i przyspieszyłem. Wiadomo że pierwsze kilometry wchodzą nad wyraz łatwo więc mocno hamowałem. Te jednak wpadały po 3’40”-3’55”. Każdy mocno nierówno ze względu na zakręty.

    Po 3 kilometrze poczułem się mocno głodny – poprosiłem Dariusza o pierwszy żel 🙂 . Byłem na prowadzeniu i miałem już dobry ogląd trasy. Cztery 90 stopniowe zakręty i dwa łuki na rondzie. Na dwóch zakrętach mokry asfalt i ślisko, dwa pozostałe suche z lekkimi nierównościami. Oczywiście żaden zakręt nie był wyprofilowany tak aby można było się odpowiednio w niego złożyć. Na prostych kilka zasadzek w postaci mocnych nierówności, starałem się te miejsca zapamiętać żeby nie było niespodzianek podczas wyprzedzania. Jedna prosta z dwoma łukami przed gmachem głównym AWF z dosyć śliską i nierówną kostką.
Każdy zakręt brany tak jak w F1 – wejście wytracając prędkość przy prawej krawędzi, ścięcie do wierzchołka zakrętu i wyjście do zewnętrznej z jednoczesnym przyspieszeniem. Tylko tak można było to bezpiecznie pokonać biegnąc poniżej 4 min/km. Chociaż takie szarpane tempo kosztuje dużo sił to nawet mi się to podobało 🙂 . Obawiałem się trochę czy przy 47 okrążeniach – co daje blisko 190 zakrętów – moja lewa noga to wytrzyma (krążyliśmy przeciwnie do ruchu zegara). Ale startowałem bez respektu do dystansu i bez wielkich oczekiwań, w najgorszym wypadku skończę bieg przed 70-tym km.

      Po 3-4 okrążeniach ilość dublowanych zawodników zaczęła mocno rosnąć. Tempo spadło w okolice 3’50”-3’55/km. Każdy kilometr wychodził inaczej. Biegłem bez skupienia na czasie, po prostu tak jak warunki pozwalały. Podejrzewałem, że na takich okrążeniach podobnie jak na stadionie, GPS w zegarku będzie trochę oszukiwał. Traktowałem te wskazania bardziej do określenia trendu mojego tempa niż dla wartości bezwzględnych.
Jeśli chodzi o wyprzedzanie – jak była duża grupa którą złapałem przed zakrętem to zwalniałem do ich tempa i wyprzedzałem dopiero po wyjściu na prostą. Miałem świadomość że większość będzie jeszcze biegała podczas gdy ja będę już leżał w domu przed TV. Nie chciałem robić zamieszania na trasie a przynajmniej chciałem je minimalizować 🙂

Czasami trzeba było wpasować się w lukę – ryzykowałem tylko na prostych i suchych fragmentach trasy

      Często mijany bufet, kilka słów z Dariuszem na każdym okrążeniu i zastanawianie się „co by tu wypić/zjeść” 🙂 skutecznie odciągało myśli od pochłanianych kilometrów. Pierwsza dyszka w zasadzie wpadła natychmiast – średnia 3’52”/km. Coś zjadłem, coś wypiłem patrzę a za mną półmaraton – 01:21:07 (3’52”/km). W tych okolicach zobaczyłem przed sobą ponownie Piotrka Stachyrę. Szybkie pozdrowienie i pierwszy dubel. Założyłem że On jest na czele więc będzie moim punktem odniesienia. Jeśli w naszym tempie nic się nie zmieni ponowny kontakt za 20 km czyli po minięciu maratonu 🙂

Kierownik bufetu – ulubionego miejsca na trasie 🙂 

      Zaliczam kolejne okrążenia, biegnie się znakomicie, żadnego znużenia o zmęczeniu nawet nie wspominając. Daje się trochę we znaki szarpanka na zakrętach i drobienie przed każdym z nich żeby nie było wywrotki. Dodatkowo symboliczny bieżnik w moich startówkach nie pomaga.
Jest już 30. kilometr, średnia nadal 3’52”/km. Tutaj – o zgrozo – dają lekko o sobie znać skurcze w prawym boku. Znana skądinąd pantera atakuje 🙂

Analizuję to – wcześniej zjadłem żel – no dobra to żeli już nie jem 🙂 . Zostałem przy izotoniku i coli. Odrobinę zwalniam żeby dać odpoczynek wnętrznościom. Źle nie jest, ale czuję respekt przed mogącym zbliżać się złem. Przy tym tempie na tym etapie biegu nie powinno takie coś się zdarzyć. No ale się zdarzyło 🙂 . Niemal pewny jestem, że winne są żele. Na treningach biegałem dłuższe dystanse i nic takiego mnie nie straszyło, a na żadnym treningu żeli nie jadłem. Nie przejmuję się tym za bardzo i biegnę swoje, co ma być to będzie.

Za chwilę w nogach już 35 km – czas 02:15:28 (3’52”/km). Ależ to lekko idzie – myślę sobie – nogi w zasadzie jakbym wyszedł z domu. Płuca przy tym tempie pracują gdzieś na 1/3 mocy 🙂 . Oddycham przez nos, nie ma potrzeby ziębić gardła. Ale biegłem już ultra i wiem że ta sielanka będzie jakoś powoli się kończyć. Nie martwię się na zapas – idzie dobrze to biegnę śmiało. Chwilę się zamyśliłem, przeżyłem kilka silniejszych skurczów w boku, coraz mniej mi się to podoba. Jednak cola nie wyrwała mnie z tego zła. Ponownie widzę przed sobą Piotra Stachyrę. Spojrzałem na zegarek 40 km w nogach – wszystko zgodnie z założeniami. Moja średnia 3’53”/km. No nie wierzę, gdyby nie te dzikie kłucia to nie powiedziałbym że coś przebiegłem – zmęczenie względnie symboliczne.

      Maraton mijam w 2:44:13 czyli średnio 3’53”/km. Może nie jest to bardzo szybko bo w debiucie w Wings For Life międzyczas na maratonie był w okolicach 2h 35 min. Ale teraz jest to dobry punkt wyjściowy  do zrobienia kolejnej 30-tki.
Ogólnie na trasie to wyglądało jakbym tylko ja tutaj walczył z czasem 🙂 . Inni biegną sobie dosyć wolno, część w słuchawkach, część zawodników zmienia odzież, inni stają przy stolikach coś zjeść – no tak jak na rodzinnym pikniku 🙂 . Ja lecę jak oszalały, przyspieszam jak tylko widzę przed sobą wolny odcinek. To dlatego że mój cel jest inny. Biegnąc pełen dystans myślę że biegłbym spokojniej.

Po przekroczeniu maratonu trzymam tempo nieznacznie poniżej 4’/km. Już nie przyspieszam, chcę te ostatnie 28 km pobiec tak, żeby mnie nie poskładał ból. Czuję że pod nogą jest dużo mocy, więc gdyby tak szanowny ból zechciał trochę odpuścić to ja odpalę te niutonometry! No ale nie, jednak biegnie razem ze mną 🙂 .
Dariusz proponuje ciepłą herbatę – piję a jakże. Jest allinclusive więc korzystam 🙂 . Chyba pomogło, dużo lepiej! Za chwilę to samo – za zakrętem zło bodzie z prawej ponownie. Gdybym miał wcześniej jakąś operację w szpitalu to przysiągłbym że mi zaszyli skalpel 🙂 .
Pije colę, oddycham głęboko, cuduję – wszystko jak krew w piach. Skurcze pojawiają się co kilkaset metrów i muszę mocno zwalniać. Nie wkurzam się na to. Przecież nie dam się wyprowadzić z równowagi 🙂 . Trzeba próbować to przeczekać, zbagatelizować.

      Każde okrążenie biegnę w zasadzie w oczekiwaniu na skurcz. Tępy ból jest już ze mną na stałe co jakiś czas atakuje tylko tak ze 100 razy mocniej 🙂 . Paradoksalnie to bardzo dobrze zajmuje głowę i kilometry nadal mijają jak szalone. Za chwilę jestem już na 50. kilometrze – średnia spada, jest 3’54”/km. Znowu kilka okrążeń – pyk i jest 60. kilometr 🙂 . Całość jest już po 3’57”/km. W nogach moc, w płucach moc a prawa strona tułowia jak zmrożona. Po raz kolejny dziwię się jak to możliwe. Znowu liczyłem na to, że jakoś się uda i się na to nie przygotowałem – sam tego nie pojmuję. A przecież podczas ostatnich biegów ten ból był i rozsądnym byłoby mieć na to jakiś plan!
No nic – ostatnią dyszkę to i tak zrobię bez względu na to co by się działo. Wpadają już kilometry w tempie mojego rozbiegania – 4’10”-4’25”. W tym tempie to już nie chcę biec a szansy na przyspieszenie raczej nie widać. Jeszcze kilka pogawędek przy mijaniu bufetu z Dariuszem, parę łyków coli i muszę się pierwszy raz zatrzymać. Ścisnęło mnie tak, że się zgiąłem w pół. Jest 69. kilometr, odpoczywam jakieś 30 sekund. Chwilę rozciągania, jakieś skłony i ruszam ponownie. Czas już nie ma znaczenia.

      To już pewne – tak tego dalej męczył nie będę, szkoda ciała i wolnej soboty. Zatrzymuje się przy linii mety, pytam sędziów ile mi brakuje do 70 kilometrów – sprawdzają na GPS – mówią że mam lekko ponad 69 km. Biegnę zatem jeszcze jedną pętlę po 4’20”/km żeby nie było na styk. Przy bufecie informuję Dariusza że się zwijamy do domu. Jeszcze lekki finish, tempo do 3’40”/km bo nogi na prawdę mało zmęczone. Koniec zabawy na dziś. Prawie 5 godzin biegu za mną.

Finish – 72. km

Refleksje po biegu

      Przede wszystkim nauka z tego dla mnie taka: trzeba było brać jakąś nospę już na 30-tym kilometrze a nie liczyć na to że zło ustąpi. Przed końcem biegu Dariusz od kogoś wykombinował tę pigułkę szczęścia no tylko że wtedy to już było za późno. Teraz bym z tym nie czekał. Poza tym prawie wszystkie wątpliwości jakie miałem przed biegiem po prostu się nie sprawdziły.

Trasa – pomimo swoich minusów o których wspomniałem wcześniej była dla mnie znakomita. Nie odczułem tych 190 zakrętów. Ogólnie jak na 70 kilometrów to nie odczułem tego dystansu. Dla mojej psychiki trasa w zasadzie wymarzona, nie było kiedy skupić się na zmęczeniu 🙂 .

Taka ta trasa była 🙂 

Pogoda – dla mnie była idealna, na początku za zimno ale tempo poniżej 4’/km akurat dogrzewało organizm. Prawie się nie pociłem. Po biegu pomimo przepalonych ponad 5000 kcal (wskazanie garmina) ubyło mnie niecałe 3 kg. To mało.
Wyprzedzanie – to jedyne w czym widziałem dużą trudność i duży wpływ na tempo. Uczestników było trochę za dużo jak na taką pętlę. Mimo że większość mi ustępowała to w niektórych miejscach nie było możliwe aby to zrobić płynnie.
Bufet – to było znakomite. Co 1,5 km możliwość łyka czegokolwiek jest nieoceniona. W takim chłodzie nie do końca można to było wykorzystać, ale gdyby był upał stanowiłoby to istotny plus tej trasy. Dodatkowo dzięki wsparciu Dariusza nie musiałem się zatrzymywać na punktach, wszystko w pełnym biegu. W sumie zjadłem niecałe 3 żele, do tego wypiłem 300 ml izotonika i około 400 ml coca coli – oto całe żywienie. Na tym paliwie bez żadnych kryzysów energetycznych dojechałem na luzie do 70. kilometra. Żadnych maratońskich ścian i tego typu mitycznych historii, a było prawie 5 godzin hetania w żywym tempie 🙂

Zalety tego startu

      To z czego najbardziej jestem zadowolony:
* Przede wszystkim doświadczenie zdobyte na biegu. Trzymanie tempa, odżywianie – takie rzeczy trudno zorganizować samemu w ramach treningu
* Upewniłem się, że trening jaki robię jest dla mnie budujący, nie jest destrukcyjny. Wiem jakie jednostki „robią mi dobrze”
* Utwierdziłem się w przekonaniu że potrafię szczytować (cały czas mowa o formie biegowej) w sposób powtarzalny i zaplanować taki szczyt na wcześniej upatrzony dzień
* Nadal mam wszystkie czyste i niewykorzystane wymówki typu: „to nie był mój dzień„; „naprawdę nie wiem Andrzejku co się stało” itp.  🙂
* Nawet dwa tygodnie treningu który wstępnie przetestowałem zrobiło z ciała skuteczną maszynę 🙂 do połykania dużej ilości kilometrów. Wszystko w żywym tempie

To co powyżej zaprocentuje – ja to po prostu czuję! 🙂 . Na pewno da mi to rozmach w moich treningach i stawianych celach. Szatana natomiast mam zamiar unicestwić zwykłą nospą.

Jedno jest pewne – w 2019 roku będzie się działo! 🙂

A tymczasem przez najbliższe 3 tygodnie leżę, oglądam seriale i czytam książki 🙂 . Oczywiście nie rezygnuję z czekolady. Pozdro!

 

 

 

Summary
Event
Supermaraton Stulecia
Location
AWF Warszawa,
Starting on
10 November 2018
Ending on
10 November 2018

5 komentarzy

  1. Nospa i pochodne są dopuszczone do sprzedaży wyłącznie w Azji i Europie wschodniej – lek ten może mieć uboczne efekty kardiologiczne, ponieważ nie tylko na układ pokarmowy działa. Nie są znane skutki jego żaywania przy dużych wysiłkach ponieważ prawie nikt tego nie robi. Idąc tą drogą można też jeść leki przeciwóbulowe przed maratonami. Co jest plagą w USA i niestety wsród biegaczy kończy się czesto szukaniem dawcy do przeszczepu nerek. Jest o tym wiele artykułów w sieci. Lepiej dla własnego zdrowia nie zaburzać fizjologi wysiłku medycznymi lekami.

  2. Gratulacje tak dobrej formy, myśle że gdyby nie pantera to setka spokojnie w zasięgu i to na podium.
    Możesz coś wiecej napisać o tych dwuch tygodniach treningu przed startem.
    Życzę dalej takiej formy i połamania 2.25 w maratonie

    1. Siemasz – dzięki 🙂 w trakcie biegu po przekroczeniu maratonu zaskoczony że tak łatwo idzie myślałem żeby biec więcej niż planowo ale po pierwsze: psychicznie nie byłem nastawiony na to a po drugie „pantera” 🙂
      jeśli chodzi o moje ostatnie dwa tygodnie przed startem to wyglądało to tak:
      nd 15 km easy; pon 34 km w tempie startowym na 70 km; wt 12 km easy; śr 7 km po 3’30”/km; czw wolne; pt 17 easy; sob wolne
      nd 17 km easy; pon 5×1 km żywo; wt 7 km easy; śr wolne; czw 8 km easy; pt 5 km easy; sob start 72 km

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: