40. Maraton Warszawski – relacja

      40. jubileuszowy a mój 11. Maraton Warszawski za mną. Na koncie mam w sumie 12 królewskich dystansów.  Tego dnia w planie miałem do wykonania mocny trening i to wyszło znakomicie.

       Żeby jakkolwiek podsumować ten start muszę sięgnąć aż do maja. Wtedy, po wygranej w Wings For Life mocno się wyluzowałem. Zrobiłem planowany miesiąc przerwy od treningu wychodząc sporadycznie na krótkie truchtanie. Skutecznie pomogło mi w tym kolano z którym miałem delikatny problem już przed WFL. Efekt był taki, że czerwiec zakończyłem z 62 km na liczniku.

Były wakacje, dużo wolnego, wyjazd na Chorwację – wszystko to cały czas nie sprzyjało zebraniu się do treningu. Swoją drogą nie spieszyłem się z tym za bardzo. Chciałem poczuć głód do biegania. Tak to sobie trwało do połowy lipca. Wtedy ponownie wznowiłem regularny trening. 2 miesiące przerwy dały wypocząć ciału i można było budować formę – w zasadzie od podstaw.

Do sierpnia udało się wybiegać ponad 200 km, co już pozwoliło na bieganie w przyzwoitych prędkościach. Wtedy już odpuściłem sobie myśl o pogoni za maratońską życiówką. W zasadzie nie wyznaczyłem sobie docelowego startu i postanowiłem realizować trening „na samopoczucie” nie będąc zakładnikiem terminów 🙂 .

Sierpień pod względem treningu był w kratkę – wpadły tygodnie godne tj. po 100 km ale były też miałkie po 45 km. Żniwa, wakacje/urlopy – no wiadomo jak jest 🙂 .

Nie przejmując się formą wystartowałem treningowo 1-go września w Półmaratonie Praskim. Czas 1:15:03 nie był dla mnie zły jak na wykonany trening choć obiektywnie wynik to jest żaden. Tego typu zawody wykorzystuje jako pretekst, żeby zrobić poprawkę na treningu następnego dnia. Tak się też stało – nazajutrz dojechałem nogi luźną 30-tką.

Wrzesień to już trening w miarę systematyczny i solidny. Niechętnie jednak wplatałem tutaj szybsze treningi. Ogólnie brakowało biegania na wyższych prędkościach i zapasu w płucach.  Tydzień przed maratonem zrobiłem za to luźniejszy. Jedynie 60 km tak, żeby nie biec zawodów na zbyt dużym zmęczeniu.

Dzień startu

Niedziela tuż przed startem to w zasadzie klasyk. Podszedłem do tego tak jakbym biegł po życiówkę, zatem standardowe śniadanie, zabrałem żele i w drogę. Chwilę po godzinie 8. byłem w pobliżu startu. Tam nieco ponad kilometr rozgrzewki i dwa szybsze rytmy. Samopoczucie doskonałe – to głównie efekt odpoczynku. Chciałem biec na samopoczucie bez patrzenia na zegarek i trzymania się międzyczasów. Postanowiłem że NIC mnie dzisiaj nie skusi. Nie będę się ścigał z nikim, po prostu pobiegnę to tak jakbym był sam na trasie. Strzelałem w 3’30”-3’35”/km – to tempo wydawało mi się na tyle mocne, żeby się porządnie zmęczyć a jednocześnie na tyle delikatne, żeby nie wymagało ode mnie odpoczynku w następnych dniach.

Jak powiedział tak zrobił 🙂 – ruszyliśmy, lekko, przyjemnie cały czas na hamulcu bez zerkania na garmina. Po 3 km musiałem zweryfikować międzyczas, to było po prostu silniejsze ode mnie 🙂 . Średnia po 3’19”/km czyli na życiówkę w półmaratonie. Pokręciłem głową z niedowierzaniem i pomyślałem – zobaczymy jak będzie na 37 km – mocno zwolniłem. Komfort tego, że o nic nie walczę jednak ponownie niósł. Jeszcze przed 5. kilometrem minęły mnie dwie zawodniczki z czołówki – Kenijka i Etiopka. Lekko je przytrzymałem – zrobiliśmy kilometr w 3’15” – no nie wiem czy im nikt nie doradza przed biegiem jaka ma być taktyka czy co? 🙂 . Lecą te panie w czubie na żywioł i ani razu nie spoglądają na zegarek. Otwierają pierwszą piątkę tempem na 2 h 25 min. żeby skończyć w 2 h 35 min. A na debiutantki to mi nie wyglądały. No ale nie będę pouczał Afrykanek jak powinno się biegać 🙂 .

 

Biegnę z nimi jak ojciec z dziećmi 🙂 

Puściłem je przed sobą – no niech biegną po ten rekord myślę 🙂 . Ale uciekły ze 200 m i jakaś chwila refleksji chyba miała miejsce bo zwolniły do mojego tempa. No to już się zlitowałem i je ponownie dogoniłem. Co będziemy tak razem ale w odstępie biec, jakbyśmy się na siebie obrazili 🙂 . Do 10-11 km biegłem z nimi, ale z każdym kilometrem ich oddech był cięższy. Wyraźnie miały problem z utrzymaniem mojego tempa. Ja nie przyspieszałem. Ponadto samochód z zegarem jadący przed nami mocno drażnił nozdrza tlenkiem azotu czy czymś  🙂 . Że też nikt nie wpadnie na pomysł żeby puścić z czołówką jakiegoś elektryka. No to nawet nie musi być Tesla P90D, zwykła zapalniczka typu Nissan Leaf dał by radę 🙂 . Wypożyczenie takiego auta to koszt około 150 zł a przed wyborami nawet jakiś kandydat mógłby się przykleić do inicjatywy WAS 🙂 . Podobnie było na WFL gdzie tuż przed nami jechał mocno kopcący quad. No ale tutaj na szczęście miałem wybór, przyspieszyłem i na wysokości Agrykoli byłem już przed trucicielami 🙂 . A na WFL weź się ścigaj z quadem jak on ZAWSZE musi być pierwszy 🙂 . W końcu biegłem sam.

Ucieczka przed spalinami. Samopoczucie – tu był lajcik 🙂

       Niestety zaczął się lekko trudniejszy odcinek, tak jak podczas większości warszawskich biegów, mianowicie – Łazienki. Ładnie, urokliwie, zacisznie no ale na spacer ale nie na zawody. Bieganie po tym szutrze robi różnicę. Na szczęście nie było piłowania i martwienia się o czas, mogłem bezkarnie zwolnić. Był 15 kilometr zaraz czekał mnie podbieg na ul. Belwederskiej. No nie powiem – sponiewierało mnie tutaj trochę. Tempo na podbiegu 4 min/km – w zasadzie nie ma co komentować – prawie marsz 🙂 . Dogoniłem zawodnika, który ewidentnie nie wytrzymał tempa. Chwilę z nim porozmawiałem – debiutant w maratonie – i wszystko jasne 🙂 . Zaproponowałem, żeby do 30 km wiózł się na plecach bo wtedy dopiero zacznie się trud. Nie podjął walki i został. Ostatecznie skończył w nieco ponad  2 h 37 min – co jest i tak znakomitym wynikiem jak na debiut!

Zostałem ponownie sam. Biegłem w kierunku Placu Trzech Krzyży. To był dla mnie najłatwiejszy odcinek maratonu – kilometry od 16 do 22 pokonywałem średnio 3’20”-3’25”/km, jeden wpadł nieopacznie w 3’28”. Zero oznak zmęczenia, nogi jak nowe to wszystko bez nadzwyczajnej walki o czas. Jeszcze kolega ze studiów kibicował na rowerze – wiadomo niedzielny poranek, w domu trójka dzieci 🙂 – chciał się chyba ze mną mierzyć –  i co ja nie dam rady ?? 🙂 . W biegu o nic takie rzeczy są dopuszczalne.

18. kilometr – ponownie samemu

Połówka (za)znakomita

       Do 22 km szło nadzwyczaj łatwo, zbyt łatwo. Półmaraton 01:13:17, tylko nieco ponad minutę wolniej niż podczas biegu na rekord w 2017. No przecież wiedziałem, że jest za szybko. Wszyscy to wiedzieli 🙂 . W zasadzie to czekałem kiedy ta sielanka się skończy. W maratonie nie ma cudów (zresztą w półmaratonie też), tutaj nie można liczyć że się nagle uda. Nie było dostatecznego treningu na taki czas.
No i jak tak czekasz to się w końcu doczekasz. Schody zaczęły się w okolicach 25 kilometra. Co prawda nie takiego trudu się spodziewałem tzn. czekałem na zmęczenie wydolnościowe albo mięśniowe a tu pojawiły się dzikie skurcze w wnętrznościach i jakieś tęgie kłucia 🙂 . Ta sama pantera co rok temu skutecznie osłabiła mój zapał i kazała zwolnić. Jakoś się nie zawzinałem żeby z tym ostro walczyć, po prostu zwolniłem do komfortowego tempa.

Trochę zaczyna mnie to zastanawiać żeby nie powiedzieć że irytować. Do tej pory sądziłem, że problemy z kolkami (czy jak to inaczej zwał) są u mnie spowodowane długotrwałym wysokim tempem. Tutaj tempo nie było jakieś szaleńcze w każdym razie nie rekordowe. Z drugiej jednak strony akurat od 16 km to jak dla mnie wolno nie było. Ale przecież jak się dobrze czuję to nie będę zwalniał prewencyjnie z obawy przed kolką ? 🙂 . Rozgryzę to z czyjąś pomocą lub sam, ale pokonam ostatecznie tego wroga i to jeszcze przez igrzyskami w Tokyo 🙂 . Jeszcze nie dojrzałem do tego, żeby brać jakieś medykamenty na to zło, ale ostrzegam, że jak nie będzie wyjścia to do mogę do tego dojrzeć 🙂 .

W tym momencie skończyłem odżywianie – poprzestałem na wcześniej zjedzonych dwóch żelach. Picie niestety też ograniczyłem, no ale co miałem zrobić? Biegłem na tyle na ile czułem że jest jeszcze lekko. Nie było powodu żeby się tutaj dojeżdżać. Na to był plan w następnych dniach. Biegłem wolniej, ale jednak byłem zadowolony – w nogach nie czułem w ogóle dystansu. Przestałem odliczać kilometry do mety. Nie zaprzątało mi głowy jak daleko jeszcze zostało. Biegłem z minimalnym wysiłkiem w komforcie. Nogi poczułem dopiero na ostatniej prostej, gdy już z przyzwoitości podkręciłem tempo.

Ostatecznie czas na mecie: 02:29:30 – wziąłem chętnie ten wynik. Dodatkowo w klasyfikacji Open byłem 9. i 4. z Polaków – taka ciekawa klasyfikacja 🙂 . Wiadomo, że wymierny jest tylko czas a nie miejsce, ale treningowy bieg kończyć w pierwszej dziesiątce to lekka przesada 🙂 . Ogólnie cieszyłem się, że tak łatwo przyszedł ten wynik pomimo samotnej walki prawie na całej trasie. Mógłbym jeszcze biec dalej 🙂 .

Słowo podsumowania

       Patrząc na całość dystansu z poziomu Garmina, to tempo wyszło mocno szarpane – z górki leciałem bez opamiętania a pod górkę zwalniałem jak nigdy. A podbiegów było dla mnie dość. Na każdym wzniesieniu przechodziłem prawie do tempa wybiegania. Tak to jest jak się nie robi siły biegowej i potem nie ma na podbiegu mocy 🙂 Krytyczne zwolnienia widać na poniższym wykresie. No i ten kryzys po ataku pantery w okolicach 24 kilometra 🙁 .

Każdy podbieg to drastyczny spadek tempa

W tabelce poniżej trochę zadziwia mnie słabość pomiędzy 35. a 40. kilometrem – ewidentnie tam zabrakło koncentracji. Myślałem już o przyszłym treningu i reszcie niedzieli. Może gdybym biegł z kimś to bym się aż tak nie wyluzował.

Nie jest dobrze zamyślać się podczas zawodów 🙂 . Siły były i atak pantery był już zdecydowanie mniejszy. Na prawdę można było przyspieszyć o te parę sekund na kilometrze bo koniec był już wyjątkowo lekki – zresztą jak na foci 🙂 .

Komfort maratończyka na 41. km

     Po powrocie do domu, leżałem oglądając GP Rosji w F1 i nadal się zastanawiałem które treningi dały mi taką wytrzymałość w nogach. A może to efekt niższego tempa? W sumie to aż 4,5 minuty wolniej od mojej granicy. Często bardziej odczuwam treningową 30-tkę po 4’30”/km.

Trasa – była trudna, szczerze to gdybym się przygotowywał na walkę o życiówkę czułbym uraz do organizatora. Żeby było jasne – nie czuję 🙂 . Podbiegi z królową Belwederską na czele, zakręty, kochane Łazienki – to wszystko nie sprzyjało żeby uzyskać dobry czas. Kto tutaj poprawił życiówkę to w Berlinie mógłby odliczyć od tego czasu ładnych kilkadziesiąt sekund.
Z plusów – bo takie też były – to na pewno wytyczenie trasy w pobliżu startu. Kilka razy przebiegaliśmy w tych okolicach. Było tam dużo kibiców a to w maratonie jest bardzo istotne. Przerywa monotonię, i skutecznie odciąga mózg od skupiania się na wysiłku. W tym miejscu dziękuję wszystkim za zdrowy doping bo był! 🙂

Po zawodach

Jak się potem okazało w porównaniu do tego co było robione w kolejnych treningach,  to cały ten maraton nie był nawet preludium. To było coś w stylu „strojenia instrumentów”. W kolejnych dniach testowałem swoją odporność fizyczną i psychiczną. Ile można wykrzesać z organizmu – dało się do soboty zrobić dodatkowe 140 km i zamknąć tydzień z 180 km na liczniku. Jak dla mnie to ekstremalnie dużo. Wszystko to ze wsparciem Dream Team Accelerating Poland. Z Piotrkiem i Dariuszem nie ma łatwej gry 🙂 . Dzięki Panowie!
Niedzielę, tydzień po maratonie już z rozsądku zrobiłem sobie wolną. A kusiło żeby pobiegać 🙂 .

Summary
Event
40. Maraton Warszawski
Location
Warszawa,

2 komentarze

  1. Gratuluję wyniku i pracowitego tygodnia. Sub150mins to już coś. Tak w ogóle – pod co się szykujesz? Kilometraż robi wrażenie.

    Ciekawe, skąd biorą się Twoje problemy z kolką. Też miałem swojego czasu z tym problem, ale zmiana odżywiania to skorygowała. Chociaż… ostatnio mam wrażenie, że g**** wróciło. Na niedzielnej dyszce coś tam kuło. Niby nie groźne przy prędkości w okolicach 3:30-3:40/km, ale mam pewne obawy przed niedzielną połówką. Masz jakieś medykamenty na oku? 😉

    Pozdrawiam,
    Paweł

    1. ten kilometraż można wykorzystać tylko w ultra, waham się czy będę się mierzył bo pogoda coraz gorsza no i nie wiem czy mi weekendu nie będzie szkoda – w następnym tygodniu się zastanowię i napiszę.
      Jeśli chodzi o prochy 🙂 to kolega sugerował mi nospę ale nigdy tego nie brałem więc trzeba by przetestować na treningu najpierw a weź tu testuj jak mnie na treningu NIC nie boli 🙂 Dam jeszcze szanse wrogowi żeby z godnością się sam wycofał, jak nie pomoże to chyba się przekonam. Daj znać czy Ty coś będziesz stosował no i ewentualnie jaki efekt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: