Wings For Life 2017 – nie taki diabeł straszny

Debiut w ultra za mną. Pierwsze doświadczenie zdobyte. Niesamowicie pozytywne emocje i realizacja założeń. W dużym skrócie jak wyglądał Wings For Life oczami Dariusza.

Trening przed Wingsem

    Pomysł, żeby wystartować w Wingsie pojawił się na niewinnie zapowiadającym się treningu. W niedzielę 2 kwietnia z kolegami z Accelerating Team: Dariuszem Korzeniowskim i Piotrem Żubińskim – dzięki chłopaki! 😊 Skończyło się na 28 kilometrach. Pomysł startu dojrzewał u mnie przez następny tydzień. Na początku zarezerwowałem hotel w Poznaniu. Zacząłem też czytać trochę o ultra męcząc wujka Googla zapytaniami w stylu „get through your first ultra run”, „newbie’s guide to ultramarathon” itp. 😊 Głównie to były teksty o przygotowaniach do biegów górskich i dystansach 100 km wzwyż. Z początku trochę przerażające rzeczy tam czytałem, ale po którymś artykule z rzędu – przywykłem. Podczas tego tygodnia lekko zwiększałem też kilometraż. Tydzień zamknąłem z 110 kilometrami na liczniku.

    Niedziela 9 kwietnia, to ponowny trening w Kabackim, tym razem tylko z Dariuszem Korzeniowskim. Mój plan był taki żeby zrobić co najmniej 30 km. Skończyło się na 40 w tempie 3’50’’/km. Samopoczucie na końcu treningu bardzo dalekie od komfortu. W zasadzie to czułem się ekstremalnie zmęczony. Po przyjściu do domu, nastrój w stylu „nie mów do mnie teraz!”. Ale moje dziewczyny dzielnie to zniosły 😊. Po treningu fota i deklaracja na fejsie że będę startował w Poznaniu. Wyda się to śmieszne, ale to znakomita auto-motywacja. Zawsze trudniej jest się wycofać po takim obwieszczeniu 🙂 .

    Na drugi dzień tzw. back-to-back long run. Może nie było to klasyczne podejście tzn. pierwszy dzień szybki i wymagający trening 10-12 km + drugi dzień 20-30 km (dla zainteresowanych do poczytania tu)  . Ale jak popatrzyłem w kalendarz, to czasu na takie zabawy już nie było. Dołożyłem zatem w poniedziałek 20 km po 4’20’’/km. Miało być 30 km, ale nie ryzykowałem pogłębiania się istniejących urazów. W sumie z rozbieganiem wyszło 28 km.  W dwa dni zatem, ponad 70 km! – niewiele więcej robię normalnie przez cały tydzień 😊.

    W następny weekend dołożyłem jeszcze 30-tkę w okolicach 4 min/km i lekko zluzowałem do biegu OSHEE na Orlenie. Tam chciałem zrobić szybsze przetarcie na 10 km. Start w zawodach wyszedł zadowalająco, biorąc pod uwagę skromną ilość treningów tempowych. Wynik 32’53’’ w zachowawczym biegu podniósł morale. Zostało 2 tygodnie do startu. Można było zrobić już tylko jedno: zmniejszyć obciążenia na treningu i zacząć odpoczynek lub jak kto woli tapering. Podczas tego luźnego tygodnia nazbierało się do piątku jeszcze prawie 70 km. Dodatkowo w sobotę 29 kwietnia wyszedłem z zamiarem zrobienia skromnej dyszki. Diabeł podkusił i skończyło się półmaratonem po 3’40’’/km. Z początku zadowolony, że w miarę gładko poszło, ale już wieczorem zły. Obawiałem się, że mogę nie zdążyć odpocząć do startu Wingsa.

Od niedzieli 30 kwietnia już szlaban na bieganie. W efekcie do soboty 6 maja zrobiłem w sumie 33 kilometry – łapałem świeżość. Przed maratonem ładowanie węglowodanami zwykle zaczynam od czwartku. Teraz zacząłem raczyć się smakołykami już od środy rana – oczywiście wszystko z umiarem 😊.

Kierunek Poznań

    W sobotę z rana wyjazd do Poznania. Po drodze jeszcze zostawiłem dziewczyny w Łowiczu – impreza rodzinna 😊. Po 2 godzinach byłem już na Malcie w Poznaniu. Szybki meldunek w hotelu i mini rozruch w drodze po pakiet startowy. Tuż przed wyjściem z hotelu postanowiłem skompletować wszystko co będę brał na bieg – koszulka, spodenki, buty i … brakuje żeli sportowych. Zostały w domu. No nogi się pode mną ugięły 😊. Amator. Dodatkowo okazało się, że nic w stylu EXPO na WFL nie ma, zatem nic nie kupię. Szybki odbiór pakietu i planowanie rozwiązania awaryjnego. Przeszukałem allegro, wydzwoniłem decatlony w Poznaniu – no po prostu nie ma nigdzie żeli dla Dariusza 🙂 . Powoli godziłem się z faktem, że będę zgarniał coś na punktach. Nigdy na takim jedzeniu tzn. banany, czekolada nie biegałem. Tym bardziej w debiucie i to jeszcze ultra, gdzie odżywianie ma duże znaczenie. Dariusz Korzeniowski zadeklarował, że ma jakieś żele/wynalazki to mnie poratuje. Jeszcze jakieś klikanie po necie i trafiłem na stronę 365sportu.pl. Szybki telefon – okazało się, że człowiek mieszka niedaleko Malty i w zasadzie to w ciągu godziny będzie w pobliżu. Może bez problemu mi jakieś żele podrzucić – no nie wierzę! Opatrzność czuwa 😊. Serdeczne podziękowania dla Pana z tego sklepu! Za godzinę żele były już w lodóweczce hotelowej. Co prawda nigdy przeze mnie nie testowane, jednak w tym momencie to ryzyko było dla mnie jak najbardziej do zaakceptowania.

    Znakomicie wyluzowany zacząłem relaks przed TV. Niby taki mega luz, ale jednak spanie łatwo nie przyszło. Spałem niewiele, ostatnia noc jednak nie aż tak ważna – zresztą poprzedniej też nie spałem 🙂 .

    Rano pobudka tuż przed 8:00 – po prostu ranny ptak. Spacer na stację benzynową po jakieś węglowodany. Długi sobotni wieczór przed TV wyczerpał zapasy do zera – a wyskalowane były dobrze 😊.

    Jedyne co znalazłem to płatki kukurydziane i czekolada. Wziąłem jeszcze kawę z ekspresu i powrót do hotelu na śniadanie. Prawie wszystko tak jak przed maratonem, ale jednak cały czas zastanawianie się czy czegoś nie zmienić, może więcej zjeść? W końcu miałem wytrwać na trasie około 4 godzin! Sam w to nie wierzyłem 🙂 . W hotelu śniadanie mistrzów: pół paczki płatków, pół czekolady i pól litra wody. Wolałem jednak być lekko niedojedzony niż w drugą stronę.

    Godzina 12:20 – podążyłem w stronę startu lekkim truchtem. Trochę mnie zaskoczył tłum na Malcie i kolejka do depozytu. Wyglądało to jak w Auchan w okresie świątecznym. Ekspresowo się przebrałem i oddałem torbę z rzeczami. Miałem tam zestaw ratunkowy: żel sportowy, jogurt, Pepsi – nie wiedziałem w jakim stanie dotrę po biegu  na Maltę, ale obstawiałem że będzie dramatycznie.

    Tak się uwijałem, że zostało mi aż 25 minut do startu – wystarczająco dużo, żeby porządnie zmarznąć. Zacząłem truchtać, robić przebieżki, cuda. W efekcie byłem dogrzany, że mógłbym biec od początku tempem na 1500 m, ale trochę już zmęczony 🙂 . Była to strata energii, ale powtarzałem sobie, że przecież nie walcze dziś o awans na igrzyska 😊 nie ma co się napinać.

Start biegu

    Doczekałem do upragnionych 2 minut do startu. Przywitanie z Adamem Kleinem – dyrektorem biegu, za chwilę znalazł się Tomek Walerowicz. Stoję w pierwszym rzędzie – wszystko tak, jak miało być. Jeszcze w myślach wypowiedziane zdania: „biegnij spokojnie po 3’50’’/km, na pewno zdążysz się zmęczyć” i drugie: „nie jesteś Dariuszem jak cię Małysz zdejmie przed 60 kilometrem” – i to nie był dla mnie żart! Jeszcze się przeżegnałem – wiadomo klasyczny katolik: na co dzień niezniszczalny nadczłowiek, ale jak trwoga to jednak do Boga 😐

    W końcu wystartowaliśmy – ogień! Jeszcze powtórka „żeby tylko nie otworzyć w 3’20/km’’ 😊 Ale nie było takiego ryzyka. Od pierwszych metrów bieg z Tomkiem. Mój plan był taki, żeby razem z nim pobiec co najmniej 40 km. Zgodnie z przewidywaniami kilkadziesiąt osób poszło od startu na życiówkę, 100% mocy 😊. Nie zwracaliśmy na to uwagi. Nawet ja wiedziałem, że nie ma w stawce kogoś kto by mógł tu biec poniżej 3’45’’/km. Sprawdzam pierwszy kilometr – 3’44’’ – myślę jest dobrze. Jeden zawodnik pobiegł bardzo mocno, chyba po 3’20’’/km, ale Adam Klein, który kursował na rowerze, poinformował nas, żeby się tym nie przejmować, bo po 12-13 km lider zejdzie z trasy. Biegł czysto treningowo.

    Na początku porozmawialiśmy z Tomkiem chwilę. Zaproponowałem zmiany co 1 km bo wiało niemiłosiernie. Tomasz nie był zainteresowany taką pomocą, stwierdził, że nie lubi biec jako drugi 😊 Zerknąłem na zegarek – kilometr 3’31’’/km. No dobra pomyślałem – jest mocny, przecież nie będę uszczęśliwiał/pomagał na siłę 😊. Wyglądał na lekko spiętego. Mierzył się jednak z dużymi oczekiwaniami jako faworyt biegu – całkowicie zrozumiałe. Ja przed każdym startem jestem zmobilizowany, ale jednocześnie blask i szczęście bije ode mnie na całą okolicę. Chętnie żartuję i staję się bardziej rozmowny niż normalnie. Ale każdy przeżywa to na swój sposób i trzeba to uszanować. W trakcie biegu zamieniłem jeszcze kilka zdań, ale postanowiłem jednak nie zaburzać jego koncentracji – Tomasz w 100% podszedł do zawodów na serio. W pewnej chwili myślałem, że traktuje mnie jako realne zagrożenie do walki o pierwsze miejsce 😊. Skupiłem się dalej jednak na sobie, bo tempo było dalekie od wymarzonego.

    Następne 3 km zrobiliśmy średnio po 3’35’’, zacząłem się jednak zastanawiać czy bieg z Tomkiem to dobry pomysł. Jeszcze na starcie mój plan to tempo 3’50’’-3’55’’ a nawet wolniej. Ale pomimo prędkości szło bardzo gładko. Wiadomo emocje, mnóstwo kibiców, obstawa rowerowa – nie czuć było tego tempa. Miałem świadomość, że to jest bomba z opóźnionym zapłonem. Następny kilometr pod górę w 3’50’’ – uff, powrót do normalności? Nic z tego – kolejne 3 km ponownie po 3’35’’/km. Po wybiegnięciu z miasta czekała na nas trudniejsza część trasy – prawie cały czas podbieg. Oczekiwałem na 10-ty kilometr – wtedy miałem podjąć decyzję co dalej. Dobiegliśmy – 36 min 15 sekund, średnia poniżej 3’40’’/km – o losie – obejrzałem się za siebie – nikogusieńko! (no dobra mam minusy a byłem bez okularów 😊). Dałem sobie jeszcze 500 metrów na przemyślenie co dalej.

    Sytuacja wyglądała z jednej strony optymistycznie tzn. nikt z nami się nie złapał zatem jestem drugi (myślenie początkującego amatora). Z drugiej strony to bieg ultra a za mną doświadczeni zawodnicy mogący mnie spokojnie wchłonąć na końcu dystansu. Maraton zaczyna się po 30-35 kilometrze to ultra, zapewne po 50-tym.

     Wniosek był w tym momencie taki: z doświadczonymi Andrzejem Witkiem i Grzegorzem Gronostajem nie wygram postępując racjonalnie – szczerze to nawet nie wiem czy w chłopaki tym momencie byli w grupie za nami. Nawet ich nie widziałem na żywo, tylko na zdjęciu poniżej 😊 – po prostu wybrałem ich jako wirtualnych przeciwników.

fot. bieganie.pl

    Nie byłem przygotowany na równe, wolne tempo w pierwszej części dystansu i podkręcanie lub nawet utrzymanie go w drugiej części. To co było moim atutem to chyba lepsza szybkość – tylko jak ją wykorzystać w biegu ultra? 😊 Wczułem się w ich rolę jako walczących o podium i mających żółtodzioba Dariusza przed sobą. Na pewno pomyśleli – „niedoświadczony debiutant padnie na 43 km jak mucha”. Nie wie co to ultra. I rzeczywiście – nie wiedziałem. Ale chciałem, żeby tak pomyśleli 😊. Oczywiście wiedziałem, że mogą mieć rację, ale moje ryzyko.

    Minęło 500 metrów, poczekałem z decyzją kolejne 500 😊, nie chciałem biec samemu tak wcześnie. Takie decyzje podczas zawodów zawsze są trudne. W końcu decyzja rycerza: bez względu na WSZYSTKO trzymam Tomka co najmniej do 30 kilometra! Potem zaplanuję drugi etap w zależności od samopoczucia. Cały czas nie dopuszczałem myśli, że nie dobiegnę do 60 kilometra. To kwestia honoru – takie powtarzanie sobie banałów doskonale motywuje na trasie. Po biegu nawet się zastanawiałem, że gdybym postawił sobie za cel 70 kilometrów to na 99% bym tam dobiegł. Oczywiście w rezultacie i tak nic by mi to nie dało.

    Wróćmy na trasę. Decyzja o kontynuowaniu biegu z Tomkiem podjęta, ale tempo nie spada. Wszystko po 3’36’’-3’38’’/km i nie chce być wolniej. Jak było pod górę – tempo spadało do 3’43-3’45’’ – u mnie w myślach „daj mi siłę Matko Boska!” 😊

    Jedynym plusem tego tempa była „idealna temperatura” tzn. nie pociłem się nadmiernie i nie marzłem. Był silny wiatr i około 8 stopni. Minęliśmy 12-13 km, lider wyścigu zszedł z trasy. Dobiegliśmy do quada z kamerą, jakiś motocykl, wsparcie na rowerach, radiowóz.  Generalnie jak na trasie z Okęcia podczas szczytu NATO. Tylko my zamiast w limuzynie to biegniemy 😊 Brakowało jeszcze drona i helikoptera, ale te też się później pojawiły. Wszystko to nie sprzyjało zachowaniu spokojnego tempa.

    Półmaraton zrobiliśmy poniżej 1 h 17 min, średnia 3’38’’/km. Nie czuję dużego zmęczenia, tempo jest w miarę komfortowe. Chociaż nie biegnę z paskiem od pulsometru to czuję, że jest to mój drugi zakres intensywności, z dużym zapasem do jego górnej granicy. Ale z drugiej strony wiem, że dla mnie to jest za szybko i zapłacę za tę szarżę na końcu. Biorę to na klatę 🙂 Biegnę jednak lekko wkurzony! Sęk w tym, że sam nie wiem na kogo 😊. Tomasz biegnie swoje a mnie nikt nie każe biec z Nim, więc „o co kaman???”. Cały czas prowadzę lekko schizofreniczny dialog wewnętrzny żeby usprawiedliwić swoją taktykę. Wiem, że po 40-tym kilometrze czeka jakiś szatan i dopiero się zacznie test psychiki i rycerstwa. Może ten szatan lekko wyolbrzymiony przez nadmierną lekturę historii o ultra w necie, ale to tym lepiej – łatwiej mi będzie jak cierpienie będzie lżejsze.

    Zajmuje myśli rozglądaniem się po okolicy, skupieniem się na innych wydarzeniach na trasie. Na pewno dużym pozytywnym zaskoczeniem byli kibice w mijanych przez nas wioskach. W jednej wyszli chyba wszyscy goście z jakiejś imprezy – poprawiny lub komunia 🙂 . W następnej przed OSP wystawione straże z wyjącymi syrenami, stoliki z piciem, doping. Na całe szczęście wszystkie psy było tylko słychać – były za ogrodzeniami 😊. Po minięciu takich kibiców od razu międzyczas kilka sekund lepszy. Chociaż z tego akurat się nie cieszyłem.

    Dobiegliśmy do 30-go kilometra, miałem wrażenie, że od startu z chwilowymi przerwami, cały czas jest podbieg. Po wykresie z Garmina widzę, że wiele się nie pomyliłem. Międzyczas: lekko powyżej 1h 49 min – średnia nadal poniżej 3’40’’/km. No i po co tak gnać?? Pytam się !  😊

 

    Zaczynam myśleć o odpuszczeniu i kontynuowaniu biegu w samotności. Około 35-36 kilometra definitywnie postanawiam zwolnić. Tempo zaczyna być dla mnie superkomfortowe, czuję jakbym nagle zaczął trucht a nadal jest w okolicach 3’50’’/km. W okolicach 40 km trasa skręca na północ – zaczyna być centralnie pod wiatr, łapię międzyczas kilometra – powyżej 4 minut. Po 2 godzinach i 35 minutach kończę maraton.

Początek ULTRA

    Czekam z niecierpliwością co się wydarzy wcześniej – ból mięśni czy odcięcie energetyczne. Jedno jest pewne – coś musi się zacząć dziać. Zmagam się z dużym czołowym wiatrem. Trasa wiedzie wśród pól – zaczyna mi być bardzo zimno. Odstrzelony w koszulkę bez rękawów szybko marznę. Szkoła przetrwania i to jeszcze na własne życzenie😊 Powtarzam sobie, że przecież Tomasz tak samo walczy a jest przede mną – nie ma co się za bardzo nad sobą rozczulać bo będzie jeszcze gorzej.

    Zajmuję myśli czymkolwiek, mijając kolejne chorągiewki z oznaczeniem kilometrów od razu wypatruję następnej. Czyli bieg na krótkookresowe cele 😊. Wyraźnie czuje już ból mięśni czterogłowych ud. To brak odpowiedniego przygotowania. Spokojnie – udaję że jestem na to gotowy. Po 2-3 kilometrach chyba przywykłem do bólu albo ten stał się istotnie mniejszy. Cieszę się, że nie odzywają się moje wcześniejsze urazy – kolana i pleców. Trochę boli prawa stopa, ale przecież mam najlepsze buty na świecie – Adidas Boosty. Dodatkowo wprowadziłem w nich autorską modyfikację. Jest zatem jak w BMW – Limited Individual Edition 😊 nie ma prawa nic się stać! Tak właśnie zagłusza się w głowie wszelkie niedogodności 😊

Dobiegam do 50 kilometra. Jest ciężko, ale nie robi się gorzej, z drugiej strony myślę sobie, że mam w nogach niewiele więcej niż maraton a przede mną już tylko 10 km. Zatrzymuję się przy punkcie żywieniowym. Ręce mam tak zmarznięte, że nie mam siły zacisnąć dłoni, żeby zjeść żel. W końcu zjadam ostatni, popijam wodą i ruszam ponownie.

    Gdzieś w okolicach 55 km wybiega z przodu do mnie gość i pyta czy chcę wodę z butelki, z kubka a może izotonik ? Czy chce frytki nie zapytał 🙂 W międzyczasie biegnąc opowiada mi że też biega ale praca mu trochę komplikuje treningi 😊 Daje picie i życzy mi powodzenia. Niby nic a międzyczas po takim spotkaniu 10 sek szybciej. W sumie nie jestem jakiś zmęczony, ale specjalnego zapału do biegu też nie mam. Zostają pojedyncze kilometry do mojej mety. Ruszam żywiej i już bez żadnego postoju dobiegam do 60-go kilometra. Cel zrealizowany!!! Ale trzeba truchtać dalej – wkoło pola i bez sensu czekać na samochód na takim wietrze.

    Dojeżdża do mnie jakiś rowerzysta, zaczynam biec po 4’50’’ żeby tylko było cieplej. Rozmawiamy, trenuje triatlon – gadka szmatka, ege szege, eszte meszte 🙂 . Nagle mi mówi, że zaczyna mnie dochodzić trzeci zawodnik. Co?? Chyba się przesłyszałem. Powiedział to z takim spokojem 🙂 Przez myśl mi wcześniej nie przeszło, że w ogóle ktoś może mnie jeszcze dojść. Ale z drugiej strony patrzę że jestem raptem na jakimś 65 kilometrze. Lekka adrenalina i dopływ sił, podkręcam tempo do 3’30’/km. Za niedługo samochód mija trzeciego zawodnika – Andrzeja Witka. Uff, zatrzymuje się i idę, czekam aż mnie minie Małysz, ale zbliża się niemiłosiernie wolno 😊. Może się zepsuł ? 🙂 . No przecież nie zawrócę i nie zacznę biec w jego stronę 🙂

    Patrzę na czas ostatniego kilometra – ponad 5 minut – żenada. Jednak postanawiam przejść do biegu, widzę w oddali następną chorągiewkę – 68 km – zakładam się z rowerzystą o przekonanie że dam radę dobiec 😊. Skręcam w prawo, jakby mniej wiało. Mijam spokojnie chorągiewkę. Już zaczynają wyprzedzać mnie radiowozy i zaczyna robić się gęsto na trasie. Przyspieszam końcówkę po 3’40’’, biegnę jeszcze prawie 800 metrów. 68,74 km – koniec. Samopoczucie dobre nic się nie dzieje, bolą jedynie nogi, ale wszystko do wytrzymania. Najważniejsze – jest mi już cieplej. Cieszę się z wyniku, przez chwilę nawet żałuję, że nie dobiegłem do 69 kilometra. Ale po chwili głos rozsądku podpowiada – „nic by ci to nie dało” – ma rację skubany 🙂 .

    Po powrocie na Maltę, było już w okolicach godziny 19-tej – ja już ponad 6 godzin na nogach 🙂 . Spotykam Dream Team Accelerating Poland. Rewia gwiazd, kilka zdjęć i plan świętowania sukcesu na mieście.

    Nogi lekko obolałe. W hotelu, po przyjściu szybki telefon do domu do dziewczyn. Odbieram gratulacje – wiadomo! 😊. U Kasi lekki niepokój o moje zdrowie, ale mój głos w słuchawce nie pozostawia wątpliwości – czuję się doskonale, nie ma zagrożenia życia 🙂 . Szybki prysznic, uber i przed 21:00 raczyliśmy się już zupą chmielową i burgerami w Room Restaurant na starym mieście. Uzupełnienie straconych 4700 kcal  🙂

    Do hotelu wróciłem po 2-giej nad ranem – jak za czasów studenckich 🙂 . W końcu przyszedł czas na odpoczynek bo rano checkout i powrót do domu.

Podsumowanie

    Wings to znakomity bieg! Gdybym tylko był bardziej przygotowany, żeby nawiązać walkę z Tomkiem wspominał bym go jeszcze milej😊. Niestety trasa jest trudna, dużo pod górę i brak osłony od wiatru. Nie to co maraton w mieście. Z drugiej strony jak się jest dobrze przygotowanym to nie powinno to być dużym problemem. Zebrałem dużo doświadczenia i przede wszystkim odczarowałem w swojej głowie te wcześniej nie pojęte dla mnie liczby tzn. 60 kilometrów, ponad 4 godziny wysiłku. Prawda jest taka że tempo jest dużo bardziej komfortowe niż maratonie i liczy się głównie przygotowanie mięśniowe. Oczywiście mam mnóstwo tematów do przemyśleń. Np. co by było gdybym pierwsze 40 km pobiegł równo np. po 3’50’’ ? Ale jakież to by było nudne i przewidywalne 🙂 . Tak naprawdę najbardziej dokuczał mi chłód na trasie i samotna walka z wiatrem.

    Mam nadzieje, że Paweł Ochal będzie jadł jakieś witaminy przed Wingsem 2018 i nie zachoruje 🙂 Zrobię sobie wtedy próbę charakteru mierząc się z kimś w bezpośredniej rywalizacji. Jak Tomasz ponownie zechce biec w Poznaniu – to ja oczywiście postaram się być przygotowanym 😊.

    Oczywiście od jutra zaczynam bieganie. Bóle mięśniowe to już historia, zatem jakieś EasyRun można próbować biegać. Docelowy start oczywiście jak co roku we wrześniu w PZU Maraton Warszawski. Mam nadzieje że będzie ciepło 🙂

fot.Lukas_Nazdraczew

Zapisz się do tajnej grupy

Summary
Review Date
Author Rating
51star1star1star1star1star

4 komentarze

  1. Jeszcze raz gratulacje! To był emocjonujący bieg. Mam do Ciebie pytanie związane z Twoją pracą rąk. Spinają Ci się ręce w trakcie biegu? Bo widziałem, że czasem musiałeś je rozprostować.

    Pozdrawiam,
    Paweł

  2. Gratulazione 🙂
    już przeczytałem wszystkie wpisy, bez wazeliny ale dobrze się to czyta więc czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: