Wings For Life 2017 – nie taki diabeł straszny

Debiut w ultra za mną. Pierwsze doświadczenie zdobyte. Niesamowicie pozytywne emocje i realizacja założeń. W dużym skrócie jak wyglądał Wings For Life oczami Dariusza.

Trening przed Wingsem

    Pomysł, żeby wystartować w Wingsie pojawił się na niewinnie zapowiadającym się treningu. W niedzielę 2 kwietnia z kolegami z Accelerating Team: Dariuszem Korzeniowskim i Piotrem Żubińskim – dzięki chłopaki! 😊 Skończyło się na 28 kilometrach. Pomysł startu dojrzewał u mnie przez następny tydzień. Na początku zarezerwowałem hotel w Poznaniu. Zacząłem też czytać trochę o ultra męcząc wujka Googla zapytaniami w stylu „get through your first ultra run”, „newbie’s guide to ultramarathon” itp. 😊 Głównie to były teksty o przygotowaniach do biegów górskich i dystansach 100 km wzwyż. Z początku trochę przerażające rzeczy tam czytałem, ale po którymś artykule z rzędu – przywykłem. Podczas tego tygodnia lekko zwiększałem też kilometraż. Tydzień zamknąłem z 110 kilometrami na liczniku.

    Niedziela 9 kwietnia, to ponowny trening w Kabackim, tym razem tylko z Dariuszem Korzeniowskim. Mój plan był taki żeby zrobić co najmniej 30 km. Skończyło się na 40 w tempie 3’50’’/km. Samopoczucie na końcu treningu bardzo dalekie od komfortu. W zasadzie to czułem się ekstremalnie zmęczony. Po przyjściu do domu, nastrój w stylu „nie mów do mnie teraz!”. Ale moje dziewczyny dzielnie to zniosły 😊. Po treningu fota i deklaracja na fejsie że będę startował w Poznaniu. Wyda się to śmieszne, ale to znakomita auto-motywacja. Zawsze trudniej jest się wycofać po takim obwieszczeniu 🙂 .

    Na drugi dzień tzw. back-to-back long run. Może nie było to klasyczne podejście tzn. pierwszy dzień szybki i wymagający trening 10-12 km + drugi dzień 20-30 km (dla zainteresowanych do poczytania tu)  . Ale jak popatrzyłem w kalendarz, to czasu na takie zabawy już nie było. Dołożyłem zatem w poniedziałek 20 km po 4’20’’/km. Miało być 30 km, ale nie ryzykowałem pogłębiania się istniejących urazów. W sumie z rozbieganiem wyszło 28 km.  W dwa dni zatem, ponad 70 km! – niewiele więcej robię normalnie przez cały tydzień 😊.

    W następny weekend dołożyłem jeszcze 30-tkę w okolicach 4 min/km i lekko zluzowałem do biegu OSHEE na Orlenie. Tam chciałem zrobić szybsze przetarcie na 10 km. Start w zawodach wyszedł zadowalająco, biorąc pod uwagę skromną ilość treningów tempowych. Wynik 32’53’’ w zachowawczym biegu podniósł morale. Zostało 2 tygodnie do startu. Można było zrobić już tylko jedno: zmniejszyć obciążenia na treningu i zacząć odpoczynek lub jak kto woli tapering. Podczas tego luźnego tygodnia nazbierało się do piątku jeszcze prawie 70 km. Dodatkowo w sobotę 29 kwietnia wyszedłem z zamiarem zrobienia skromnej dyszki. Diabeł podkusił i skończyło się półmaratonem po 3’40’’/km. Z początku zadowolony, że w miarę gładko poszło, ale już wieczorem zły. Obawiałem się, że mogę nie zdążyć odpocząć do startu Wingsa.

Od niedzieli 30 kwietnia już szlaban na bieganie. W efekcie do soboty 6 maja zrobiłem w sumie 33 kilometry – łapałem świeżość. Przed maratonem ładowanie węglowodanami zwykle zaczynam od czwartku. Teraz zacząłem raczyć się smakołykami już od środy rana – oczywiście wszystko z umiarem 😊.

Kierunek Poznań

    W sobotę z rana wyjazd do Poznania. Po drodze jeszcze zostawiłem dziewczyny w Łowiczu – impreza rodzinna 😊. Po 2 godzinach byłem już na Malcie w Poznaniu. Szybki meldunek w hotelu i mini rozruch w drodze po pakiet startowy. Tuż przed wyjściem z hotelu postanowiłem skompletować wszystko co będę brał na bieg – koszulka, spodenki, buty i … brakuje żeli sportowych. Zostały w domu. No nogi się pode mną ugięły 😊. Amator. Dodatkowo okazało się, że nic w stylu EXPO na WFL nie ma, zatem nic nie kupię. Szybki odbiór pakietu i planowanie rozwiązania awaryjnego. Przeszukałem allegro, wydzwoniłem decatlony w Poznaniu – no po prostu nie ma nigdzie żeli dla Dariusza 🙂 . Powoli godziłem się z faktem, że będę zgarniał coś na punktach. Nigdy na takim jedzeniu tzn. banany, czekolada nie biegałem. Tym bardziej w debiucie i to jeszcze ultra, gdzie odżywianie ma duże znaczenie. Dariusz Korzeniowski zadeklarował, że ma jakieś żele/wynalazki to mnie poratuje. Jeszcze jakieś klikanie po necie i trafiłem na stronę 365sportu.pl. Szybki telefon – okazało się, że człowiek mieszka niedaleko Malty i w zasadzie to w ciągu godziny będzie w pobliżu. Może bez problemu mi jakieś żele podrzucić – no nie wierzę! Opatrzność czuwa 😊. Serdeczne podziękowania dla Pana z tego sklepu! Za godzinę żele były już w lodóweczce hotelowej. Co prawda nigdy przeze mnie nie testowane, jednak w tym momencie to ryzyko było dla mnie jak najbardziej do zaakceptowania.

[efb_likebox fanpage_url=”szybkiebieganie” box_width=”6000″ height=”450″ image_size=”normal” locale=”pl_PL” responsive=”1″ show_faces=”1″ show_stream=”0″ hide_cover=”0″ small_header=”0″ hide_cta=”1″   show_image=”1″ show_like_box=”1″ links_new_tab=”1″ post_number=”10″]

    Znakomicie wyluzowany zacząłem relaks przed TV. Niby taki mega luz, ale jednak spanie łatwo nie przyszło. Spałem niewiele, ostatnia noc jednak nie aż tak ważna – zresztą poprzedniej też nie spałem 🙂 .

    Rano pobudka tuż przed 8:00 – po prostu ranny ptak. Spacer na stację benzynową po jakieś węglowodany. Długi sobotni wieczór przed TV wyczerpał zapasy do zera – a wyskalowane były dobrze 😊.

    Jedyne co znalazłem to płatki kukurydziane i czekolada. Wziąłem jeszcze kawę z ekspresu i powrót do hotelu na śniadanie. Prawie wszystko tak jak przed maratonem, ale jednak cały czas zastanawianie się czy czegoś nie zmienić, może więcej zjeść? W końcu miałem wytrwać na trasie około 4 godzin! Sam w to nie wierzyłem 🙂 . W hotelu śniadanie mistrzów: pół paczki płatków, pół czekolady i pól litra wody. Wolałem jednak być lekko niedojedzony niż w drugą stronę.

    Godzina 12:20 – podążyłem w stronę startu lekkim truchtem. Trochę mnie zaskoczył tłum na Malcie i kolejka do depozytu. Wyglądało to jak w Auchan w okresie świątecznym. Ekspresowo się przebrałem i oddałem torbę z rzeczami. Miałem tam zestaw ratunkowy: żel sportowy, jogurt, Pepsi – nie wiedziałem w jakim stanie dotrę po biegu  na Maltę, ale obstawiałem że będzie dramatycznie.

    Tak się uwijałem, że zostało mi aż 25 minut do startu – wystarczająco dużo, żeby porządnie zmarznąć. Zacząłem truchtać, robić przebieżki, cuda. W efekcie byłem dogrzany, że mógłbym biec od początku tempem na 1500 m, ale trochę już zmęczony 🙂 . Była to strata energii, ale powtarzałem sobie, że przecież nie walcze dziś o awans na igrzyska 😊 nie ma co się napinać.

Start biegu

    Doczekałem do upragnionych 2 minut do startu. Przywitanie z Adamem Kleinem – dyrektorem biegu, za chwilę znalazł się Tomek Walerowicz. Stoję w pierwszym rzędzie – wszystko tak, jak miało być. Jeszcze w myślach wypowiedziane zdania: „biegnij spokojnie po 3’50’’/km, na pewno zdążysz się zmęczyć” i drugie: „nie jesteś Dariuszem jak cię Małysz zdejmie przed 60 kilometrem” – i to nie był dla mnie żart! Jeszcze się przeżegnałem – wiadomo klasyczny katolik: na co dzień niezniszczalny nadczłowiek, ale jak trwoga to jednak do Boga 😐

    W końcu wystartowaliśmy – ogień! Jeszcze powtórka „żeby tylko nie otworzyć w 3’20/km’’ 😊 Ale nie było takiego ryzyka. Od pierwszych metrów bieg z Tomkiem. Mój plan był taki, żeby razem z Nim pobiec co najmniej 40 km. Zgodnie z przewidywaniami kilkadziesiąt osób poszło od startu na życiówkę, 100% mocy 😊. Nie zwracaliśmy na to uwagi. Nawet ja wiedziałem, że nie ma w stawce kogoś kto by mógł tu biec poniżej 3’45’’/km. Sprawdzam pierwszy kilometr – 3’44’’ – myślę jest dobrze. Jeden zawodnik pobiegł bardzo mocno, chyba po 3’20’’/km, ale Adam Klein, który kursował na rowerze, poinformował nas, żeby się tym nie przejmować, bo po 12-13 km lider zejdzie z trasy. Biegł czysto treningowo.

    Na początku porozmawialiśmy z Tomkiem chwilę. Zaproponowałem zmiany co 1 km bo wiało niemiłosiernie. Tomasz nie był zainteresowany taką pomocą, stwierdził, że nie lubi biec jako drugi 😊 Zerknąłem na zegarek – kilometr 3’31’’/km. No dobra pomyślałem – jest mocny, przecież nie będę uszczęśliwiał/pomagał na siłę 😊. Wyglądał na lekko spiętego. Mierzył się jednak z dużymi oczekiwaniami jako faworyt biegu – całkowicie zrozumiałe. Ja przed każdym startem jestem zmobilizowany, ale jednocześnie blask i szczęście bije ode mnie na całą okolicę. Chętnie żartuję i staję się bardziej rozmowny niż normalnie. Ale każdy przeżywa to na swój sposób i trzeba to uszanować. W trakcie biegu zamieniłem jeszcze kilka zdań, ale postanowiłem jednak nie zaburzać jego koncentracji – Tomasz w 100% podszedł do zawodów na serio. W pewnej chwili myślałem, że traktuje mnie jako realne zagrożenie do walki o pierwsze miejsce 😊. Skupiłem się dalej jednak na sobie, bo tempo było dalekie od wymarzonego.

    Następne 3 km zrobiliśmy średnio po 3’35’’, zacząłem się jednak zastanawiać czy bieg z Tomkiem to dobry pomysł. Jeszcze na starcie mój plan to tempo 3’50’’-3’55’’ a nawet wolniej. Ale pomimo prędkości szło bardzo gładko. Wiadomo emocje, mnóstwo kibiców, obstawa rowerowa – nie czuć było tego tempa. Miałem świadomość, że to jest bomba z opóźnionym zapłonem. Następny kilometr pod górę w 3’50’’ – uff, powrót do normalności? Nic z tego – kolejne 3 km ponownie po 3’35’’/km. Po wybiegnięciu z miasta czekała na nas trudniejsza część trasy – prawie cały czas podbieg. Oczekiwałem na 10-ty kilometr – wtedy miałem podjąć decyzję co dalej. Dobiegliśmy – 36 min 15 sekund, średnia poniżej 3’40’’/km – o losie – obejrzałem się za siebie – nikogusieńko! (no dobra mam minusy a byłem bez okularów 😊). Dałem sobie jeszcze 500 metrów na przemyślenie co dalej.

    Sytuacja wyglądała z jednej strony optymistycznie tzn. nikt z nami się nie złapał zatem jestem drugi (myślenie początkującego amatora). Z drugiej strony to bieg ultra a za mną doświadczeni zawodnicy mogący mnie spokojnie wchłonąć na końcu dystansu. Maraton zaczyna się po 30-35 kilometrze to ultra, zapewne po 50-tym.

     Wniosek był w tym momencie taki: z doświadczonymi Andrzejem Witkiem i Grzegorzem Gronostajem nie wygram postępując racjonalnie – szczerze to nawet nie wiem czy w chłopaki tym momencie byli w grupie za nami. Nawet ich nie widziałem na żywo, tylko na zdjęciu poniżej 😊 – po prostu wybrałem ich jako wirtualnych przeciwników.

fot. bieganie.pl

    Nie byłem przygotowany na równe, wolne tempo w pierwszej części dystansu i podkręcanie lub nawet utrzymanie go w drugiej części. To co było moim atutem to chyba lepsza szybkość – tylko jak ją wykorzystać w biegu ultra? 😊 Wczułem się w ich rolę jako walczących o podium i mających żółtodzioba Dariusza przed sobą. Na pewno pomyśleli – „niedoświadczony debiutant padnie na 43 km jak mucha”. Nie wie co to ultra. I rzeczywiście – nie wiedziałem. Ale chciałem, żeby tak pomyśleli 😊. Oczywiście wiedziałem, że mogą mieć rację, ale moje ryzyko.

    Minęło 500 metrów, poczekałem z decyzją kolejne 500 😊, nie chciałem biec samemu tak wcześnie. Takie decyzje podczas zawodów zawsze są trudne. W końcu decyzja rycerza: bez względu na WSZYSTKO trzymam Tomka co najmniej do 30 kilometra! Potem zaplanuję drugi etap w zależności od samopoczucia. Cały czas nie dopuszczałem myśli, że nie dobiegnę do 60 kilometra. To kwestia honoru – takie powtarzanie sobie banałów doskonale motywuje na trasie. Po biegu nawet się zastanawiałem, że gdybym postawił sobie za cel 70 kilometrów to na 99% bym tam dobiegł. Oczywiście w rezultacie i tak nic by mi to nie dało.

    Wróćmy na trasę. Decyzja o kontynuowaniu biegu z Tomkiem podjęta, ale tempo nie spada. Wszystko po 3’36’’-3’38’’/km i nie chce być wolniej. Jak było pod górę – tempo spadało do 3’43-3’45’’ – u mnie w myślach „daj mi siłę Matko Boska!” 😊

    Jedynym plusem tego tempa była „idealna temperatura” tzn. nie pociłem się nadmiernie i nie marzłem. Był silny wiatr i około 8 stopni. Minęliśmy 12-13 km, lider wyścigu zszedł z trasy. Dobiegliśmy do quada z kamerą, jakiś motocykl, wsparcie na rowerach, radiowóz.  Generalnie jak na trasie z Okęcia podczas szczytu NATO. Tylko my zamiast w limuzynie to biegniemy 😊 Brakowało jeszcze drona i helikoptera, ale te też się później pojawiły. Wszystko to nie sprzyjało zachowaniu spokojnego tempa.

    Półmaraton zrobiliśmy poniżej 1 h 17 min, średnia 3’38’’/km. Nie czuję dużego zmęczenia, tempo jest w miarę komfortowe. Chociaż nie biegnę z paskiem od pulsometru to czuję, że jest to mój drugi zakres intensywności, z dużym zapasem do jego górnej granicy. Ale z drugiej strony wiem, że dla mnie to jest za szybko i zapłacę za tę szarżę na końcu. Biorę to na klatę 🙂 Biegnę jednak lekko wkurzony! Sęk w tym, że sam nie wiem na kogo 😊. Tomasz biegnie swoje a mnie nikt nie każe biec z Nim, więc „o co kaman???”. Cały czas prowadzę lekko schizofreniczny dialog wewnętrzny żeby usprawiedliwić swoją taktykę. Wiem, że po 40-tym kilometrze czeka jakiś szatan i dopiero się zacznie test psychiki i rycerstwa. Może ten szatan lekko wyolbrzymiony przez nadmierną lekturę historii o ultra w necie, ale to tym lepiej – łatwiej mi będzie jak cierpienie będzie lżejsze.

    Zajmuje myśli rozglądaniem się po okolicy, skupiam się na innych wydarzeniach na trasie. Na pewno dużym pozytywnym zaskoczeniem byli kibice w mijanych przez nas wioskach. W jednej wyszli chyba wszyscy goście z jakiejś imprezy – poprawiny lub komunia 🙂 . W następnej przed OSP wystawione straże z wyjącymi syrenami, stoliki z piciem, doping. Na całe szczęście wszystkie psy było tylko słychać – były za ogrodzeniami 😊. Po minięciu takich kibiców od razu międzyczas kilka sekund lepszy. Chociaż z tego akurat się nie cieszyłem.

    Dobiegliśmy do 30-go kilometra, miałem wrażenie, że od startu z chwilowymi przerwami, cały czas jest podbieg. Po wykresie z Garmina widzę, że wiele się nie pomyliłem. Międzyczas: lekko powyżej 1h 49 min – średnia nadal poniżej 3’40’’/km. No i po co tak gnać?? Pytam się !  😊

 

    Zaczynam myśleć o odpuszczeniu i kontynuowaniu biegu w samotności. Około 35-36 kilometra definitywnie postanawiam zwolnić. Tempo zaczyna być dla mnie superkomfortowe, czuję jakbym nagle zaczął trucht a nadal jest w okolicach 3’50’’/km. W okolicach 40 km trasa skręca na północ – zaczyna być centralnie pod wiatr, łapię międzyczas kilometra – powyżej 4 minut. Po 2 godzinach i 35 minutach kończę maraton.

Początek ULTRA

    Czekam z niecierpliwością co się wydarzy wcześniej – ból mięśni czy odcięcie energetyczne. Jedno jest pewne – coś musi się zacząć dziać. Zmagam się z dużym czołowym wiatrem. Trasa wiedzie wśród pól – zaczyna mi być bardzo zimno. Odstrzelony w koszulkę bez rękawów szybko marznę. Szkoła przetrwania i to jeszcze na własne życzenie😊 Powtarzam sobie, że przecież Tomasz tak samo walczy a jest przede mną – nie ma co się za bardzo nad sobą rozczulać bo będzie jeszcze gorzej.

    Zajmuję myśli czymkolwiek, mijając kolejne chorągiewki z oznaczeniem kilometrów od razu wypatruję następnej. Czyli bieg na krótkookresowe cele 😊. Wyraźnie czuje już ból mięśni czterogłowych ud. To brak odpowiedniego przygotowania. Spokojnie – udaję że jestem na to gotowy. Po 2-3 kilometrach chyba przywykłem do bólu albo ten stał się istotnie mniejszy. Cieszę się, że nie odzywają się moje wcześniejsze urazy – kolana i pleców. Trochę boli prawa stopa, ale przecież mam najlepsze buty na świecie – Adidas Boosty. Dodatkowo wprowadziłem w nich autorską modyfikację. Jest zatem jak w BMW – Limited Individual Edition 😊 nie ma prawa nic się stać! Tak właśnie zagłusza się w głowie wszelkie niedogodności 😊

Dobiegam do 50 kilometra. Jest ciężko, ale nie robi się gorzej, z drugiej strony myślę sobie, że mam w nogach niewiele więcej niż maraton a przede mną już tylko 10 km. Zatrzymuję się przy punkcie żywieniowym. Ręce mam tak zmarznięte, że nie mam siły zacisnąć dłoni, żeby zjeść żel. W końcu zjadam ostatni, popijam wodą i ruszam ponownie.

    Gdzieś w okolicach 55 km wybiega z przodu do mnie gość i pyta czy chcę wodę z butelki, z kubka a może izotonik ? Czy chce frytki nie zapytał 🙂 W międzyczasie biegnąc opowiada mi że też biega ale praca mu trochę komplikuje treningi 😊 Daje picie i życzy mi powodzenia. Niby nic a międzyczas po takim spotkaniu 10 sek szybciej. W sumie nie jestem jakiś zmęczony, ale specjalnego zapału do biegu też nie mam. Zostają pojedyncze kilometry do mojej mety. Ruszam żywiej i już bez żadnego postoju dobiegam do 60-go kilometra. Cel zrealizowany!!! Ale trzeba truchtać dalej – wkoło pola i bez sensu czekać na samochód na takim wietrze.

    Dojeżdża do mnie jakiś rowerzysta, zaczynam biec po 4’50’’ żeby tylko było cieplej. Rozmawiamy, trenuje triatlon – gadka szmatka, ege szege, eszte meszte 🙂 . Nagle mi mówi, że zaczyna mnie dochodzić trzeci zawodnik. Co?? Chyba się przesłyszałem. Powiedział to z takim spokojem 🙂 Przez myśl mi wcześniej nie przeszło, że w ogóle ktoś może mnie jeszcze dojść. Ale z drugiej strony patrzę że jestem raptem na jakimś 65 kilometrze. Lekka adrenalina i dopływ sił, podkręcam tempo do 3’30’/km. Za niedługo samochód mija trzeciego zawodnika – Andrzeja Witka. Uff, zatrzymuje się i idę, czekam aż mnie minie Małysz, ale zbliża się niemiłosiernie wolno 😊. Może się zepsuł ? 🙂 . No przecież nie zawrócę i nie zacznę biec w jego stronę 🙂

    Patrzę na czas ostatniego kilometra – ponad 5 minut – żenada. Jednak postanawiam przejść do biegu, widzę w oddali następną chorągiewkę – 68 km – zakładam się z rowerzystą o przekonanie że dam radę dobiec 😊. Skręcam w prawo, jakby mniej wiało. Mijam spokojnie chorągiewkę. Już zaczynają wyprzedzać mnie radiowozy i zaczyna robić się gęsto na trasie. Przyspieszam końcówkę po 3’40’’, biegnę jeszcze prawie 800 metrów. 68,74 km – koniec. Samopoczucie dobre nic się nie dzieje, bolą jedynie nogi, ale wszystko do wytrzymania. Najważniejsze – jest mi już cieplej. Cieszę się z wyniku, przez chwilę nawet żałuję, że nie dobiegłem do 69 kilometra. Ale po chwili głos rozsądku podpowiada – „nic by ci to nie dało” – ma rację skubany 🙂 .

    Po powrocie na Maltę, było już w okolicach godziny 19-tej – ja już ponad 6 godzin na nogach 🙂 . Spotykam Dream Team Accelerating Poland. Rewia gwiazd, kilka zdjęć i plan świętowania sukcesu na mieście.

    Nogi lekko obolałe. W hotelu, po przyjściu szybki telefon do domu do dziewczyn. Odbieram gratulacje – wiadomo! 😊. U Kasi lekki niepokój o moje zdrowie, ale mój głos w słuchawce nie pozostawia wątpliwości – czuję się doskonale, nie ma zagrożenia życia 🙂 . Szybki prysznic, uber i przed 21:00 raczyliśmy się już zupą chmielową i burgerami w Room Restaurant na starym mieście. Uzupełnienie straconych 4700 kcal  🙂

    Do hotelu wróciłem po 2-giej nad ranem – jak za czasów studenckich 🙂 . W końcu przyszedł czas na odpoczynek bo rano checkout i powrót do domu.

Podsumowanie

    Wings to znakomity bieg! Gdybym tylko był bardziej przygotowany, żeby nawiązać walkę z Tomkiem wspominał bym go jeszcze milej😊. Niestety trasa jest trudna, dużo pod górę i brak osłony od wiatru. Nie to co maraton w mieście. Z drugiej strony jak się jest dobrze przygotowanym to nie powinno to być dużym problemem. Zebrałem dużo doświadczenia i przede wszystkim odczarowałem w swojej głowie te wcześniej nie pojęte dla mnie liczby tzn. 60 kilometrów, ponad 4 godziny wysiłku. Prawda jest taka że tempo jest dużo bardziej komfortowe niż maratonie i liczy się głównie przygotowanie mięśniowe. Oczywiście mam mnóstwo tematów do przemyśleń. Np. co by było gdybym pierwsze 40 km pobiegł równo np. po 3’50’’ ? Ale jakież to by było nudne i przewidywalne 🙂 . Tak naprawdę najbardziej dokuczał mi chłód na trasie i samotna walka z wiatrem.

    Mam nadzieje, że Paweł Ochal będzie jadł jakieś witaminy przed Wingsem 2018 i nie zachoruje 🙂 Zrobię sobie wtedy próbę charakteru mierząc się z kimś w bezpośredniej rywalizacji. Jak Tomasz ponownie zechce biec w Poznaniu – to ja oczywiście postaram się być przygotowanym 😊.

    Oczywiście od jutra zaczynam bieganie. Bóle mięśniowe to już historia, zatem jakieś EasyRun można próbować biegać. Docelowy start oczywiście jak co roku we wrześniu w PZU Maraton Warszawski. Mam nadzieje że będzie ciepło 🙂

fot.Lukas_Nazdraczew

Zapisz się do tajnej grupy

Summary
Review Date
Author Rating
51star1star1star1star1star

4 komentarze

  1. Jeszcze raz gratulacje! To był emocjonujący bieg. Mam do Ciebie pytanie związane z Twoją pracą rąk. Spinają Ci się ręce w trakcie biegu? Bo widziałem, że czasem musiałeś je rozprostować.

    Pozdrawiam,
    Paweł

  2. Gratulazione 🙂
    już przeczytałem wszystkie wpisy, bez wazeliny ale dobrze się to czyta więc czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: