Ależ to był bieg! – relacja 14. Półmaratonu Warszawskiego

Czasy osiągane na treningach nie były różowe, w każdym bądź razie nie wróżyły jakiejś mega formy. No i co z tego? 🙂  Pewność dobrej pracy jaką wykonałem oraz bojowe nastawienie okazały się kluczem do sukcesu.

Chwila – ale po kolei…

     Na dwa tygodnie przed startem nie miałem planu aby mierzyć się ze swoim rekordem życiowym, chciałem potraktować ten start raczej w charakterze mocnego przetarcia. W końcu miał to być mój pierwszy start w tym roku. Zrobiłem tydzień solidnego treningu kończąc w niedzielę 19 kilometrowym rozbieganiem w tempie lekko poniżej 4’/km. Tydzień zamknięty z blisko 100 kilometrami. Spojrzałem w niedzielę wieczorem w garmina – rekordy sezonu:

1 km – 3’07’47
5 km – 17’29” (3’30”/km)
10 km 35’09” (3’31”/km)

z czego 5 i 10 świeżutkie bo z soboty. Co można patrząc na to wywróżyć w kontekście prognozy na zawody? No Dariusz – będzie BIEDA 🙂
Marząc o życiówce (na tamtą chwilę: 1h10’34”) średnie tempo musi być nie mniejsze niż 3’20”/km czyli 18 km/h. Ja przecież nawet 5 km w tym tempie nie pobiegłem przez ostatnie 4 miesiące. Ale rekordy trzeba bić na zawodach nie na treningu.

     Ostatni tydzień zupełnie odpuściłem robiąc jeden trening interwałowy. Prędkości lekko poniżej startowej. Na końcówkach odcinków to już oddychałem pachami 🙂 . Jedyne pocieszenie że mięśniowo wydawałem się niezniszczalny! Reszta treningów to jakieś miałkie rozbiegania do 10 km. Tydzień przed zawodami to jest jak 5 minut przed egzaminem: już nic nie poprawisz więc lepiej się już tylko zrelaksować. Łapałem świeżość.

     Sobota wieczór – ustaliliśmy taktykę z harpaganami #kadraszybkiebieganie Dwóch śmiałków miało podjąć też ten „trud” i zmierzyć się z połówką: Rutek (aka Soky) oraz Ufok.
Resztę wieczoru to pełen relaks. Z nudów dojeżdżałem baterie w pilocie i napatoczyła się prawdziwa perełka – seans na TV Puls – Rambo: Pierwsza Krew 🙂 – no po prostu cudo, lepszy w tym momencie byłby tylko Rocky.

     Niedziela pobudka – pogoda przecudowna, wiem że będzie wiatr i być może trochę ciepło, ale co to ma za znaczenie  – będziemy za chwilę palić asfalt. Po prostu to KOCHAM! 🙂 te emocje. Jakieś mini śniadanie itp. wszystko zgodnie z procedurami przedstartowymi – to mam opanowane jak w NASA, w zasadzie mogliby się ode mnie uczyć 🙂

Jeszcze refleksja czy aby podopieczni 🙂 nie dadzą się ponieść emocjom i nie otworzą razem z czołówką. Plan mieli na nieco ponad 90 minut. Ale nie dajmy się zwariować – to są przecież ułożeni, dorośli ludzie! 🙂 Już nic im nie piszę, musi wystarczyć to co było wcześniej ustalone.

     Po godzinie 9-tej start z Ursynowa na Konwiktorską, jestem w 15 minut, potem 10 minut szukania gdzie by tu zaparkować 🙂 To zawsze się udaje. Rozgrzewka w zasadzie tyle, co dobieg na start czyli  około 1,5 km. Po drodze piona z Dariuszem Korzeniowskim i Piotrkiem Żubińskim z Accelerating Team Poland – też będą cisnąć. Kilka minut później jestem już na starcie. Szybkie rozpoznanie czy będzie z kim biec. Po twarzach skojarzyłem dwóch raczej prędkich zawodników, w domu doczytałem kto to dokładnie jest 🙂 Damian Świerdzewski i Jacek Wichowski. Obaj nastawieni na bieg na 1 h 10′ i szybciej – no Panowie jakże mi się to podoba! 🙂 . Do startu była chwila, więc bez zbędnego strzępienia języka. Chwila skupienia i dosłownie kawałek wewnętrznego dialogu motywacyjnego – „Przecież to będzie mój dzień! 🙂 „.

Panowie tylko spokojnie

3,2,1 i ruszyliśmy – 13 tysięcy ludzi „rozlało” się po Konwiktorskiej. Na początku jakiś dziki tłum przed nami, ze dwa czartery z Afryki 🙂 ale każdy biegnie swoje. Nie jeden półmaraton w nogach więc bez zbędnego podpalania się 🙂 . Czołówka kobiet z Afryki – jak zwykle otwarcie na 1 h 07′. Spokojnie na 15 km je dojdziemy – no niech lecą! 🙂 .

Pierwsze 3 km hamuję, ale jest średnia po 3’15”/km. Wiem, że pierwsza część trasy jest łatwiejsza, wiatr sprzyja i jest raczej z górki. Cisnę zatem z grupą, oddech lekki, pełen spokój.

Profil trasy Półmaratonu Warszawskiego

  Pojawiają się nowi w grupie wyglądający na szybkich m.in. Andrzej Witek i Konrad Nosarzewski. Zamieniamy kilka słów z Endrju i potem się zamykam, nie gadamy 🙂 Trzeba się skupić na biegu bo tempo jest dosyć srogie. W grupie czuć moc, co chwila jakieś mini zrywy i podkręcanie tempa. Jakby każdy chciał szybko sprzedać to co ma w nogach. Mam lekkie obawy, że jak tak dalej pójdzie to za chwilę zostanę sam. W głowie myśli: „spokojnie Panowie oszczędzajcie siły 🙂 ”
Pięć kilometrów – 16’32” – jest git! Ależ to dzisiaj łatwo idzie – myślę sobie.

Wpadamy na Most Gdański, trochę wieje, ale jeszcze każdy świeży i łatwo odpieramy ten atak. Patrzę na boki, leci jakaś wróżka (potem okazało się że to biegacz górski Kamil Leśniak) – no generalnie jest ciekawie 🙂 . Trochę obserwuję technikę biegu innych – tu pełne spektrum, jedni lekko inni cisną siłowo z każdym krokiem. W sumie grunt, że jest skutecznie, ale z drugiej strony potencjał  żeby to skorygować 🙂

6. km – Most Gdański

Gnamy jak harty, patrzę po twarzach chłopaków w grupie – nie ma wielkiego cierpienia, jest potencjał na dobry wynik!  Lecimy przy Zoo, skręcamy w Namysłowską. Tu pojawia się myśl żeby szarpnąć mocniej i wyrobić większy zapas na łatwiejszej części trasy. Patrzę międzyczas 6 i 7 km – po 3’16” – to może jednak z tym szarpnięciem chwilę się wstrzymam 🙂 . Czuję że jakbym ruszył po 3’10” to i tak wszyscy by pognali za mną. Nie chce kusić harpaganów 🙂
10 km mijamy w czasie 33’10” – no jest igła! U mnie samopoczucie znakomite wszystko idzie tak gładko. W zasadzie muskam asfalt bez większego wysiłku.

To zaczynamy tę połówkę

Jak jest się jakkolwiek przygotowanym do półmaratonu, to zazwyczaj do połowy dystansu jest ok. Jest się wypoczętym i nawet zbyt szybkie tempo jest jeszcze do wytrzymania. Pierwsza weryfikacja pojawia się między 12 a 15 kilometrem. Mija adrenalina startowa, czuć już zmęczenie mięśniowe, pojawia się też zmęczenie psychiczne od skupiania się na utrzymaniu wysokiego tempa. Jest się już trochę wytarganym przez podmuchy wiatru, więc zapas sił jest szczuplejszy. Właśnie na tym etapie biegu trzeba zachować szczególną czujność, żeby nie złapać jakiego głupiego, wolnego kilometra.

Wbiegamy na Most Świętokrzyski – ten most jest bardzo fajny 🙂 no ale ten mini podbieg – on jest tam zupełnie niepotrzebny, no ale jest 🙂 . Badam uważnie międzyczasy, jest minimalnie powyżej 3’20” – pięknie. Nie chcę podkręcać z obawy, żeby nie urywać rywali. Niby to rywale, ale przecież wszyscy mamy wspólny cel – dobry czas w granicach 70 minut. Nie wierzę, że komuś tutaj zależy na miejscu.

Czas 14. kilometra – 3’25” – żółta lampka! – trzeba działać bo potem te pojedyncze sekundy będzie ciężko odrobić. Lekko przyspieszam. Czuję, że mamy zapas sekund, ale łatwo to roztrwonić. Grupa topnieje w oczach, za plecami słyszę już nie ciężkie oddechy, to już jest harczenie, coś jak mykoplazmoza 🙂 . Dobrze wygląda chyba tylko Andrzej. Nie stawiałem na Niego w tej grupie, ale wiem że jest walczak! Łapie 15 km 3’24” – o losie!!! Podkręcam tempo – zostało jedynie 6 km. Mijamy Agrykolę, widzimy przed sobą odpadających z czołówki, którzy zostali pokonani przez dystans i tempo. Zbliżamy się też do dwóch Kenijek z czołówki kobiet.
Mimo lekkiego podbiegu 16. km jest już w 3’17’‚ – wspaniale – Andrzej dobrze się trzyma. Dobra to we dwóch pociągniemy te sanie 🙂 .
Skręcamy ze Szwoleżerów w Czerniakowską – niestety jest pod wiatr i tak niestety będzie już do końca 🙁 . Teraz naszym celem są dwie prowadzące Kenijki – gnamy za nimi jak tygrysy za zwierzyną. Nie wiem co będzie potem, ale musimy je dopaść. Ale dopadniemy je mądrze, powoli, nie na wariata.

17. kilometr – „prawie” mamy Kenijkę 🙂

     Współpracujemy wzorowo z Endrju! W nogach czuć dystans, ale nasza determinacja jest dużo silniejsza. Lecą kolejne kaemy 17. i 18. odpowiednio po 3’20” i 3’19”. Na 18. kilometrze dochodzimy prowadząca Kenijkę. Trochę czuję koszty tej pogoni, potrzebuje minuty/dwóch żeby dojść do siebie. Zmienia mnie Andrzej. Ma siły. Wpada kilometr w 3’22” – nie ma tragedii, trzeba jednak zacząć przyspieszać żeby następny taki nie wpadł. Niestety tutaj Ctrl+Z nie działa 🙂 .
Przed tunelem rzucam do Andrzeja „czy mamy szansę?”. Mam tak samo zegarek jak On, przed nami jedzie samochód z zegarem wielkim jak szafa, a ja się pytam czy mamy szansę 🙂 Odpowiedź mogła być tylko jedna – TAK. To jest trochę dziecinada, ale takie lekkie oszukiwanie się na tym etapie jest dozwolone a nawet przydatne. Ruszyłem jakby za 500 m był finisz. Wbiegliśmy do tunelu. Tam jest zawsze ciężko, chodzi mi głównie o końcówkę. Na końcu jest bezlitosny podbieg na którym wiedziałem że porwie nam cenne sekundy. Walczymy, tanio skóry nie sprzedamy! 🙂 Ja niby zmęczony, ale wiem, że jak tylko wdrapiemy się pod tę górkę, to pod butem jest jeszcze z czego pocisnąć i urwać co nie co. Patrzę na zegarek – 20. km wszedł w 3’25”, kolejne 5 sekund zabrał los.

20. kilometr

Odpalam już większość zapasów mocy. Wiatr prawie centralnie w maskę, tak dmucha, że to moje przyspieszenie idzie na marne – takie mam wrażenie. Andrzej lekko zostaje, już się nie oglądam – zrobiliśmy znakomity bieg. Nie patrzę na swój zegarek, podkręcam kadencję, rozpędzam się w okolice 3’10”. Mrużę oczy żeby zobaczyć ile jest na zegarze nad metą. Na kilkadziesiąt metrów dopiero dostrzegam 1 h 10′.

Finish

Dobra, nie ma połamanych 70 minut, ale spokojnie wszedł najszybszy półmaraton w życiu: 1 h 10′ 10”. Zgolone kolejne 25 sekund.

Półmaraton kończę na 16. miejscu jako 4. Polak i Mistrz Polski blogerów w Półmaratonie 🙂

W przeddzień w Toruniu, ten czas dałby mi Wicemistrzostwo Świata Masters 🙂 Półmaraton „u siebie” jednak więcej znaczy. Radocha jest tym większa, że ta życiówka jest z treningu zupełnie nie pod półmaraton!

Szersze spojrzenie

Oprócz samej życiówki wnioski są mega budujące. Jeśli uczciwie i mądrze 🙂 trenowałeś, to nawet jeśli suche dane z treningu nie pokazują życiowej formy, stań z wiarą na stracie i podejdź do tego startu ROSZCZENIOWO! Pobiegnij jak rycerz bez użalania się nad sobą! Ja i Endrju tak właśnie zrobiliśmy.

Te życiówki nam się po prostu NALEŻAŁY!!!  🙂

 

Summary
Review Date
Author Rating
51star1star1star1star1star

12 komentarzy

  1. Gratulacje!
    Jest moc. Dobrze, że Andrzej jest w gazie to było z kim pobiec.
    Jakieś plany na Orlen. Moze nowa życiówka? Moze też z Andrzejem u boku.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: