BiegammaratonZawody

     Wiara we własne siły jest wspaniałą rzeczą lecz maraton potrafi ukarać przesadną pewność siebie z surowością opisywaną w Starym Testamencie 🙂 Byłem tego świadomy, mimo to na początku października tuż po Mistrzostwach Świata na 50km śmiało pomyślałem o jakimś maratonie na koniec sezonu. Czułem, że jeszcze mam rezerwy mocy. Najlepiej wyglądała opcja maratonu w Walencji 4 grudnia. Zagrałem tą kartą.


Zacznijmy od szybkiego ślizgu po sezonie 2022 – moje starty w tym roku przedstawiały się następująco: Półmaraton Warszawski w marcu, Mistrzostwa Polski 6h (95km) w kwietniu , Wings For Life (67km) w maju, Mistrzostwa Świata 100km w sierpniu, Maraton Warszawski we wrześniu, Mistrzostwa Europy 50km w październiku. Do tego Niepodległa Piątka i Bieg Niepodległości 10km. Razem 290 kilometrów przebiegniętych na zawodach. Czy to może być dość??

Myślę, że większości przypadków powinno być wystarczająco. Nie mniej jednak chęć zmierzenia się z czymś jeszcze na koniec sezonu była u mnie duża. Dodatkowo kilka rzeczy, które mogły się nie udać, jednak się udały m.in. zdobycie slotu na ten maraton z pomocą Sebastiana Białobrzeskiego (dzięki!). To sprawiło, że mocno rozważałem ten start.

Po Mistrzostwach Europy w Hiszpanii czułem już trudy sezonu, ale miałem 1,5 miesiąca, żeby się jakoś zregenerować. Wystartowałem w Niepodległej Piątce – czas 15:40 był trudny do interpretacji. Nie jest on jakiś wymarzony, ale też z treningu ultra trudno biegać mocno piątkę. 11-go listopada poleciałem dyszkę w Biegu Niepodległości i tutaj było ponadprzeciętnie słabo – średnia 3’18”/km czyli prawie moje tempo półmaratońskie. Zachowałem spokój, pragnąłem już bardzo odpoczynku. Liczyłem jednak, że jakoś się jeszcze odbuduję.

     Jeśli chodzi o Walencję to nie finalizowałem tematów lotu/hotelu – zaczęły nasilać się jakieś trudne do pacyfikacji urazy. A to jakieś dzikie bóle w biodrze a to achilles i ból pięty. W zasadzie wstając rano potrzebowałem kilkunastu minut, żeby zacząć funkcjonować. Czułem, że zaczęły mnie obserwować ZUS, NFZ i zakłady pogrzebowe. Nie powiem – lekko mi to zaprzątało głowę bo od dawna jestem przekonany o swojej niezniszczalności a to nagle zaczęło być brutalnie kwestionowane.

     Z tych wszystkich podzespołów najbardziej doskwierał mi lewy achilles i rozcięgno podeszwowe do tego ból pięt. Przez to nie dokończyłem kilku treningów. Zwykle gdy coś boli, ale w miarę biegu odpuszcza – mogę z tym żyć i jakoś to przeciągać. Tutaj było inaczej – w połowie treningu ból uniemożliwiał mi kontynuowanie treningu. To są już złe oznaki i wiedziałem o tym. No ale wiadomo – perspektywa jednego miesiąca pozwalała myśleć, że to się jakoś przetrwa. Coś się porozciągam, przyłożę lód, posmaruję smarowidłem, psiknę wd40, włączę głośniej muzykę 🙂 i jakoś przeleci. I tak z dnia na dzień rzeczywiście leciało. Odpuściłem do tego mocniejsze jednostki w stylu 30-tka czy inne longi, skróciłem czas trwania treningów i wierzyłem że dotrwam. Dotrwałem!

Lecieć/nie lecieć

     Na tydzień przed maratonem chwila zadumy i mini analiza tego „gdzie jestem”. Jakiejś oszałamiającej formy to nie ma, towarzyszące miniurazy raczej da się na czas wyścigu wyciszyć więc szybka decyzja – dobra lecę! Oprócz wyzwań logistycznych i organizacyjnych widziałem w tym same pozytywy. Nawet samo obadanie trasy, samej Walencji, przetestowanie kwestii logistycznych uzasadniało mój wyjazd. Zawsze takie rzeczy w kluczowych momentach zaprocentują. Po tej decyzji to już bardzo mnie ta perspektywa podróży zassała.
Finalizacja lotu, hotelu, pociągów no i w piątek 2go grudnia z rana siedziałem już w samolocie. To w tym wszystkim jest cudowne. Od decyzji do realizacji dzieli tylko kilkanaście minut przy komputerze.

Dojazd

     Podróż na ostatnią chwilę ma swoje minusy. Nie ma już takiego wyboru w optymalnych lotach a tym samym czasie podróży. Do Walencji leciałem przez Zurich, stamtąd do Madrytu a potem szybką koleją Refne do Walencji. Taką opcję polecił mi Robert Szkółka który dużo wcześniej ogarnął wyjazd. Całość mojej podróży door-to-door to 12 godzin. Wszedłem do hotelu, pięknie położonym tuż przy plaży i tak naprawdę doszedłem do wniosku, że jakoś mocno zmęczony nie jestem. Ogarnąłem się w 15 minut i poszedłem zwiedzać miasto a raczej knajpy 🙂 Na początek uderzyłem do Festnar. Pyszne minipizze no i browarek – 0% ofkors. Ale jak na wygłodniałego Dariusza to był zbyt mało. Następny przystanek to pizzeria Michel Angelo. Po tym byłem już syty. Pokręciłem się jeszcze tu i tam i przed 23:00 byłem w hotelu.

Oceanarium w Walencji

     Sobota – wyspałem się w opór. Przeciągnąłem się wypiłem herbatkę i pobiegłem po pakiet. Biuro zawodów zlokalizowane na terenie oceanarium – cudo. To jest istny lep na oczy. Tam była także meta maratonu. Do oceanarium z hotelu miałem 3,5 km więc idealna odległość na rozruch. Około 30 tysięcy wyprzedanych pakietów czyli to tak jakby 9 maratonów warszawskich 🙂 Osób w biurze w przeddzień startu należało się spodziewać dużo i tak też było. Wszystko jednak extra zorganizowane. Zero stania w kolejkach – po prostu szybko przesuwający się sznur ludzi, sprytnie wyprofilowany taśmami. Tak jak na lotnisku.

     Dotarłem do namiotu z moim zakresem numerów i ekspresowe odebranie pakietu – jakieś 3 osoby przede mną.  Mogłem w zasadzie wracać do hotelu. Pogoda była znakomita – ok 16-18 stopni, więc jeszcze się chwilę pokręciłem po terenie. Zrobiłem sobie fotę na niebieskiej macie na której nazajutrz miałem finiszować. Spotkałem kilku biegaczy z PL, gadka szmatka no i  skierowałem się w stronę hotelu. Trochę zaskoczyło mnie, że razem z numerem nie ma agrafek – no niby nic ale ja się tak minimalnie spakowałem na ten wyjazd, że po prostu nie miałem jak przyczepić tego numeru. Ogarnąłem na szczęście po drodze jakąś pasmanterię i za 0,5 ojro nabyłem towar 🙂 Teraz na pewno będę je woził w walizce na każde zawody – doświadczenie +1000. Po drodze zahaczyłem o starbucks’a i krułasanta i już odpoczywałem. Wieczorem wyszedłem jeszcze na makaroni i bro 0% do pobliskiej restauracji Tanit. Byłem gotowy – czekałem spokojnie na start.

Teren Oceanarium

Taktykę na bieg miałem maksymalnie prostą. Trasa płaska więc zaczynam w komforcie bez przesadnego pilnowania czasu, ale jednak walczę tzn. nie robię sobie tylko mocnego treningu. Jak będzie okazja to nawet zagram o życiówkę i się nie zawaham 🙂 Z taką myślą zasnąłem.

Start

     Od tego momentu wszystko dzieje się jakby w przyspieszeniu. Zawsze tak mam. Ledwo się położę już dzwoni budzik – szybka kawka, garść suchych płatków czekoladowych i reszta procedury. Wysmarowałem dokładnie achillesa, wskoczyłem w startówki i ognia na start. 500m marszu a potem 3km biegu – akurat na rozgrzewkę. Po drodze mnóstwo biegaczy podążających na start tak że nawet bez znajomości terenu bez problemu trafiam. Na miejscu już sporo zawodników. Startowałem w pierwszej fali razem z elitą o godzinie 8:15. Jeszcze trochę ciemno, ale za to przyjemny chłód. Ogarnąłem depozyt i zostało mi całe 10 minut do startu. Spotkałem jeszcze Bartosza Olszewskiego – też biegł. Ustawiłem się grzecznie na końcu stawki. Niestety szanse kulturalnego wbicia się do przodu były małe. Odpuściłem.
Generalnie do tego biegu podchodziłem z dziecięcym zachwytem. Żadnych sztywnych ram czy założeń, których nie mógłbym naruszyć. Będzie się biegło dobrze i lekko – to znakomicie. Będzie ciężko to troszku pocierpię. Przekonanie, że w każdej sytuacji sobie poradzę sprawiło, że czułem pozytywną mobilizację i podekscytowanie ale nie nerwy. Zresztą nerwy raczej mi nie towarzyszą przed biegami.

Trudny początek

     Przedstawienie faworytów biegu, odliczanie i wystartowaliśmy. Niestety pierwszy raz startowałem w takim masowym biegu z tak odległej pozycji. To dobrze – przynajmniej wiem jak to jest ustawić się w środku stawki i dlaczego czas netto wtedy ma znaczenie 🙂 Początek bardzo wolny, żeby w tłumie nie zaliczyć jakiejś kraksy. Szybko się pogodziłem, że pierwszy kilometr jest już „stracony” jeśli chodzi o walkę o czas. Trochę mój plan się posypał – no ale nic, trzeba zachować spokój.

     Drugi i trzeci kilometr to już większe możliwości wyprzedzania. Co prawda dużym kosztem bo musiałem biec interwałem i to dosłownie. Ale w tym momencie i tak nie widziałem lepszego rozwiązania. Musiałem poświęcić trochę sił, licząc na to, że jakoś to w następnej fazie zregeneruję. Jak się okazało swój rytm mogłem złapać dopiero w okolicach 4. kilometra. Uspokoiłem oddech, wyrównałem rytm i chciałem chwilę odpocząć. Kilometry wpadały po 3’23-3’25”/km ale bardziej mnie interesowało przebywanie we względnym komforcie i tak właśnie biegłem.


Okoliczności piękne, cieplutko, ale nie tak żeby nadmiernie się pocić. Po prostu termicznie było dla mnie w punkt. Asfalt cudowny, wiatr znikomy, dziesiątki osób które biegną w moim tempie – można przeskakiwać od grupki do grupki i dobierać sobie rywali – piękne. W takich oto pozytywnych emocjach biegłem nie odczuwając w zasadzie większego wysiłku. Zanim się zdążyłem nacieszyć to już mijaliśmy zegar ustawiony na 21,1km. Czas 1h 12min z grubaśnymi sekundami. Odejmując minutę którą porwano mi na starcie, tempo jest na 1h 12min. Z tego można dobrze zagrać w drugiej części dystansu. Zanim jednak jeszcze polecimy tę druga połówkę to słowo na temat szamy.

Żywienie

     Punkty na trasie maratonu standardowo rozstawione co 5 km. Najpierw długo mijane stoliki z napojami elity a potem punkty żywienia dla reszty biegaczy. Picie podawane w małych butelkach a nie w kubeczkach. Aż żałowałem, że tak mało piję bo tutaj miałbym extra serwis 🙂 Jeśli chodzi o energię to wziąłem ze sobą trzy żele. Odrobiłem pracę domową i znalazłem chyba odpowiednie dla siebie. Założenie było takie, żeby zjeść je na odpowiednio 10, 20 i 30. kilometrze. Mniej więcej tak zrobiłem z tym, że brałem je trochę później niż planowałem. Ogólnie to pod względem energetycznym nic bym nie zmienił – wszystko odbyło się w komforcie i bez żadnych problemów. Tu zebrałem też dobre doświadczenie na przyszłość. Brzmi jak początkujący maratończyk no ale tu miałem sporo do nadrobienia.

Lekki kryzys

     Na 24. kilometrze jakoś zaczynało mi się biec ciężej. Niby lekko dociskałem a tempo 2-3 sekundy za wolne od oczekiwanego. Niestety nic na tym etapie nie dało się zrobić. Jest jeszcze zbyt daleko do mety żeby szerzej otwierać przepustnicę. Trzeba więc ostrożnie zarządzać siłami jednocześnie za bardzo nie zwalniając. Dochodząc do jednej z grup wypatrzyłem Aleksandrę i Błażeja Brzezińskich. Zapytałem na jakie tempo lecą – 2:27. Zimny dreszcz mnie przeszedł – ależ jest wolno. Przecież ja powinienem być jakieś 1-2min przed nimi 🙂 Zebrałem się i przyspieszyłem. Ale za niedługo znowu biegliśmy razem 🙂 Po prostu tego dnia nie było u mnie luzu na większych prędkościach. Każde utrzymanie tempa na 3’25”/km wiązało się ze zbyt dużą koncentracją a przez to wysiłkiem.

     Jakoś z kilometra na kilometr sobie z tym radziłem. Od 30. kilometra zaczęliśmy biec delikatnie ale jednak pod górkę. O ile pierwsze 3 kilometry leciało się dobrze to od 33 do 36 złapałem kilometry powyżej 3’30”.
Czułem że jest ciężko a międzyczasy to bezlitośnie potwierdzały. Kilka razy nawet doszła do mnie myśl że jest słabo a będzie już tylko gorzej. Tylko moje doświadczenie i nieustępliwość pozwalały odsunąć te myśli. Ból, zmęczenie narasta, ale tylko do pewnego momentu. Potem utrzymuje się na zbliżonym poziomie a nawet lekko maleje. To dlatego, że organizm się już do tego dyskomfortu przyzwyczaja.
Poniżej profil trasy i moment gdzie mocniej zwolniłem (wykres tempa kolejnych kilometrów).

Na wykresie ten profil trasy jest chyba myląco trudny ale widać wyraźne zwolnienie na tym podbiegu

     Dwa słowa na temat obuwia. Biegłem w Nike Alphafly 2. Ten obów jest bardzo dobry, miękki itd. ale niestety jest też ciężki – rozmiar 43 to waga 243g. Porównując do Nike Next to jakieś 50g więcej. W tym momencie wyścigu bardzo mi to ciążyło. Ogólnie wybór butów na maraton to pozornie proste zadanie które można niepotrzebnie skomplikować. Poprzednia wersja Aplhafly bardzo mi odpowiadała też z wyjątkiem wagi. Z kolei Next’y po 30-tym kilometrze przestają być dla mnie wygodne. I takie to rozterki doprowadziły mnie do wyboru Alphafly 2. Chciałem je też przetestować przed bieganiem ultra. Większym problemem z perspektywy czasu był nacisk w okolicach achillesa, który zarówno w pierwszej jak i drugiej wersji tych butów jest duży. Duża ilość gąbki w tych okolicach to powoduje.

     Gdy pojawia się kryzys i trud to jest najlepszy moment na weryfikację tych pięknych stwierdzeń w stylu: ograniczenia są tylko w twojej głowie. Generalnie tak jest natomiast to, że ma się tego świadomość wcale nie oznacza że zmęczenie i ból stają się mniej realne w trakcie wyścigu. I nie oznacza to też, że tak po prostu można postanowić to zmienić.

Finish

     Po przekroczeniu 35. kilometra czułem, że znowu dmucha mi w żagiel. Świadomość bliskości mety, tłumy kibiców i coraz więcej wyprzedzanych zawodników na trasie sprawiły, że złapałem drugi oddech. Zrobiło się istotnie cieplej przy czym można było jeszcze złapać na ulicy cień. Miałem świadomość, że straty poniesione na początku oraz w okolicach 33. kilometra są srogie. Nie kalkulowałem, biegłem mocno zachłanny na każdą ukradzioną sekundę. Oczywiście nie była to walka do upadłego, raczej ambitny bieg.

Ostatnie kilometry to już doping który poruszyłby nawet nieboszczyka. To niesie. Już widzę kawałek niebieskiej maty a to oznacza końcowe metry. Dociskam mocniej bo jest z czego. Nawet łapię tempo poniżej 3’/km. Nie powinienem mieć tyle siły. Wpadam na ostatnią prostą kończąc z czasem 2:26:13
Udziela mi się jeszcze bardziej atmosfera biegu, wpadam razem z dziesiątkami innych biegaczy. Za chwilę spotykam innych biegaczy z Polski – biegło ich aż 281. Na gorąco wymieniamy uwagi po biegu – raczej w większości pozytywne. Organizacja, trasa i pogoda spełniły oczekiwania. W końcu 25 minut przede mną Kenijczyk Kelvin Kiptum jako trzeci w historii zszedł poniżej 2h 2 min uzyskując czas 2:01:53 i to jeszcze w debiucie 🙂 To pokazuje potencjał tej imprezy. Kto miał formę to miał okazję pobiec dobry wynik. Kto formy nie miał to nie pobiegł 🙂 Na pewno nie można było tutaj winić czynników zewnętrznych.

Po biegu

     W drodze do depozytu zostałem obdarowany pakietem finiszera co pozwoliło od razu uzupełnić energię. Jakoś mnie ten maraton w ogóle nie dojechał i to pod żadnym względem. Wydawać by się mogło, że to dobrze bo przygotowanie jest dobre i rzeczywiście mięśniowo raczej byłem mocny. Natomiast to oznacz też, że można było na trasie zostawić więcej zdrowia. Ale to są proste pozornie logiczne wnioski a maraton to nie same liczby. Często z pozycji fotela ocena jest inna od tego co można zrobić na trasie. Dlatego zawsze staram się na gorąco, tuż po biegu zadumać nad tym co można było zrobić lepiej i czy w ogóle to było możliwe. W tym przypadku wniosek był taki, że nie, tego dnia po prostu tyle było pod nogą. Na taki wysiłek była przygotowana głowa. Oczywiście gdybym poczuł, że jestem bliżej rekordu życiowego to gra o 15 może 30 sekund jest zawsze możliwa ale to wszystko. Jak jest dobra forma to lekki docisk w trakcie biegu i łapię tempo bliskie 3’20/km a tutaj to było jakieś 5-6 sekund wolniej. To doprowadziło mnie to jednego końcowego wniosku: Dariusz, pragniesz odpoczynku i roztrenowania jak nigdy dotąd.

     W drodze do hotelu popijając kawkę miałem jeszcze okazję zobaczyć resztę maratończyków na trasie. W hotelu, ogarnąłem się chwilę, poleżałem z godzinę i uznałem, że jeszcze przed meczem Polska-Francja trzeba uzupełnić energię. Połączyłem to z prawie godzinnym spacerem plażą. Po meczu ponownie uderzyłem na 2 godzinna wycieczkę po Walencji.

Widoki w Walencji cudo – wciąga jak ruchome piaski

     Analizując w trzech słowach mój bieg – oceniam go pozytywnie 🙂 Gdyby nie grube sekundy stracone na początku i przy oszczędniejszym korzystaniu z sił w pierwszej części dystansu wynik byłby w okolicach 2:25 z sekundami. To w moim przypadku po prostu bieg zbliżony do czasu rekordu życiowego. Zmęczenie sezonem i brak obiegania na wyższych prędkościach dały znać jednak o sobie chociaż nie potrafię ocenić, które z powyższych było istotniejsze. Na pewno podczas maratonu w Warszawie we wrześniu czułem większą swobodę w zwiększaniu prędkości mimo trudniejszej trasy i warunków. Tutaj szło to z większym mozołem. Przed biegiem zdecydowanie wierzyłem, że ta płaska trasa i kilka dni wypoczynku da mi większą moc. Bieg zweryfikował że przyzwoite maratony mogę biegać często, ale już do takiego rekordowego przygotowania musza być bardziej „kierunkowe” a nie takie „przy okazji”.

     Jedno jest pewne – piękny to był wyjazd, piękny to był bieg – nie zapomnę go nigdy. Zamiast uczucia: „ok byłem w Walencji, teraz czas wystartować gdzieś indziej” zostałem z emocjami: ’to był mój pierwszy start w tym miejscu i na pewno nie ostatni„. Jeśli miałbym obstawiać gdzie będę się cieszył z nowego rekordu życiowego to postawiłbym dużo banknotów właśnie na Walencję. Słyszałem też nieodosobnione głosy, że jest to bieg z większym potencjałem niż Berlin. Mam zatem silny mandat moralny, żeby Was na ten maraton namawiać.

To z kim zawalczę o PB w 2023? No słucham? 🙂

 

 

 

2 komentarze

  1. Czołem Trenerze! No słuchaj … 2:26 jak dla Zawodnika po 40 🙂 – to jest kosmos. Może potraktuj ten albo podobny maraton, jako priorytet w przyszłym roku, bo w Warszawie i tak już jesteś Herosem :). W ten sposób może urwiesz z PB szmat czasu, czego życzę. Pozdrawiam i życzę udanego roztrenowania! Tomek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Opublikuj komentarz