Wings For Life World Run Floryda 2019 – część 2

Po tym przydługim wstępie w części 1. już tylko konkrety – no prawie 🙂

Lećmy już to ultra 🙂

     Niedziela 4:00 nad ranem 🙂 – wstałem rześki i z dobrym samopoczuciem. Zjadłem miskę płatków czekoladowych zapijając gatorade i herbatą. Wziąłem 4 żele energetyczne i ruszyłem w drogę na start. Już chwilę po 5-tej rano, czyli na 2 godziny przed startem byłem na parkingu 🙂 . Nie chciałem się spóźnić. Klima w samochodzie skręcona na maksa, żeby się mocniej wychłodzić. Przynajmniej pierwsze kilometry niech będą łatwiejsze. Po mini rozgrzewce tj. 1-2 km byłem jednak cały zlany potem – ale przecież każdy ma tak samo trudno, więc bez płaczu proszę 🙂 . Chwilę się porozciągałem i stanąłem w pierwszej linii.
Spojrzałem za siebie – było trochę towarzystwa, brałem jednak już udział w większych biegach. Potem sprawdziłem statystyki – w Sunrise startowało dokładnie 2 314 zawodników. Mniej było tylko w Australii. Tak to wyglądało dla każdego kraju (nie licząc biegów z aplikacją):

Znakomity spiker dawał niezłe show 🙂 Generalnie Amerykanie są w tym naprawdę dobrzy. Atmosfera zbudowana wspaniale – oprawa muzyczna, w tle wschód słońca, palmy a na sam start – konfetti. Nawet nie było czasu zadumać się nad taktyką i skoncentrować na samym biegu. Ale w ultra jest kilka godzin na różne przemyślenia, więc byłem o to spokojny.

fotka z tylnych rzędów 🙂 – źródło: wingsforlifeworldrun.com

Jeśli chodzi o taktykę to wymyśliłem ją w przeddzień biegu na porannej kawie. Polegała ona mniej więcej na tym, żeby ruszyć mocnym tempem, które dla innych będzie w tych warunkach nie do przyjęcia. Czyli tak jak się generalnie NIE biega 🙂 . Jakie to będzie tempo miałem ustalić na pierwszych 2-3 kilometrach. Na prawdę nie wiedziałem jak szybko w tych warunkach można biec. Dalej był plan utrzymania tej prędkości chociaż przez godzinę, zanim zrobi się upalnie. Na końcu planowałem zdać się na swoje doświadczenie, mocną głowę i nie wiem co jeszcze 🙂 . Żeby tylko nie dać się nikomu dogonić. Bieg w jakiejś grupie uznałem, że będzie trochę miałki 🙂 i paradoksalnie – bardziej ryzykowny. Wiedziałem, że biegnie Jacek Ciełuszecki, który rok wcześniej zwyciężył w Australii. O jego bieganiu nie wiedziałem nic, nawet jaki ma wynik w maratonie. Generalnie to nie analizuję przeciwników przed biegiem 🙂 . Brałem pod uwagę jedynie, że złapie się ze mną od początku i razem będziemy rozgrywać ten bieg. W zasadzie każdy scenariusz był dla mnie ekscytujący 🙂 .
Fala meksykańska, okrzyki spikera, głośna muzyka na koniec hymn USA i … ruszyliśmy.

 Ja już jestem z przodu – chyba za szybko ruszyłem 🙂 – źródło: wingsforlifeworldrun.com

Oprócz pierwszych 200 metrów, które pobiegłem tak, żeby objąć prowadzenie, zaraz zwolniłem do swobodnego tempa. Jednak pierwszy kilometr i tak wyszedł w 3’33”. Po 700 metrach biegłem już samotnie słysząc za plecami tylko okrzyki i muzykę. Teraz miałem ustalić tempo biegu, komfortowo chwilami leniwie bez patrzenia na zegarek biegliśmy dookoła BB&T center. Drugi kilometr w 3’42” chociaż wydaje się, że mocno zwolniłem. Trzeci także wpada w 3’42” – dobra to będę próbował to utrzymać. Mniej więcej po tyle zacząłem pierwszego Wingsa w Poznaniu w 2017 roku. Z tym że wtedy było 9 stopni czyli tak z 20 stopni mniej 🙂 .

Na łuku oglądam się za siebie – ktoś w oddali biegnie, ale chyba zaczął po 4′ albo wolniej, bo strata do mnie jakaś duża. Nie istotne, biegnę swoje nie myśląc czy to szaleństwo czy nie. Przebiegamy przy wejściu do BB&T. Jest lekko pod górę, mam nadzieję że to jedyny podbieg na tej trasie. Tak było – trasa jest na prawdę idealnie płaska. Wybiegamy w miasto, jest pięknie 🙂 – biegnę pustymi ulicami po bokach palmy, lekko zacieniona trasa.

Sunrise to takie niewielkie miasto z około 90 tys. ludności. Ogólnie te miasta w okolicy w której byliśmy tj. Sunrise, Fort Lauderdale i Plantation wyglądają znakomicie. W każdym miejscu czysto, wszystko zrobione z pomysłem i dbałością o szczegóły. Na pewno przyczynia się do tego fajna roślinność, która w tych warunkach rośnie i wygląda pięknie. Śmiało moglibyśmy tam zamieszkać 🙂  Poniżej jakiś przypadkowy widok z w Plantation – dowolnie strzelona fotka nadaje się na fototapetę 🙂

Tak sobie biegnę i podziwiam piękne widoki. Na ulicy z kibiców nikogusieńko, no może jedna/dwie osoby 🙂 . Trochę dalej widzę Panią – chyba w piżamie – wyprowadza psa.
Podjeżdża do mnie eskorta rowerowa, ucinamy małą pogawędkę. Pytają m.in. skąd jestem no i czy mam zamiar takim tempem kontynuować bieg. No kto to może wiedzieć guys? 🙂 Będę próbował to trzymać. Życzą powodzenia i odchodzą na drugi krąg 🙂 tj. jakieś 20 metrów za mną. Mimo, że około 70 metrów przede mną jedzie pickup z dwoma kamerzystami, to czuję już tę samotność maratończyka. Lubię to 🙂 , dobrze jest to lubić. Przy pomyślnych wiatrach będzie trzeba jeszcze w tej samotności biec tak coś pod 3 godziny 🙂 .

Chwila, moment i dotarłem do 10. kilometra – międzyczas 36’51” czyli 3’41”/km. Myślę sobie: Dariusz, całkiem dobrze to idzie! 🙂 Utrzymaj to eleganckie tempo chociaż przez następną dyszkę, a dobrze będzie! Jest niestety już mocno gorąco i duszno. Wilgotność zabójcza – około 80-85%. Samochód zaczął już jechać, ale goni mnie jeszcze wolno – 4’/km. Nadal biegnę szybciej, buduję swoją przewagę. Czuję mocne pragnienie, co na tym etapie biegu w „normalnych” warunkach się nie zdarza. Niby piję na punktach odżywczych po pół kubka, ale to jest stanowczo za mało! Nie chcę się zatrzymywać, a w pełnym biegu więcej niż dwa kubki nie chwycę 🙂 . Niestety wody w butelkach nie ma, tylko kubki – nie to co w Poznaniu 🙂 . Jedną połówkę wody wypijam a drugą wylewam na głowę. Oszczędzam jak na pustyni, ale i tak w biegu duża część się wylewa. Generalnie technika picia z tych kubków jest ważna. Zaraz po chwyceniu kubasa mocno ściskam go na górze. Tak, żeby się więcej niż pół nie wylało. Przez mały otwór wypijam to co udało się w nim zatrzymać 🙂 . Próbowałem bez ściskania, ale przy szybkim tempie albo wszystko się wylewa, albo podczas picia wlewa się do płuc powodując kaszel 🙂 .
Jeśli chodzi o picie – wiem, że chłopaki z obstawy rowerowej mnie nie poratują bo to zakazane. Już mi rok temu eskorta z CityZen w Poznaniu to uświadomiła.

Zjadam żel energetyczny, nie walczę o tempo, biegnę równo bez zastanawiania się czy to wolno czy szybko. Każdy międzyczas jednak znakomity – 3’40”/km plus minus 2-3 sekundy. Nie mam pojęcia gdzie jestem – biegnę po prostu „gdzieś”, nie znalazłem wcześniej w Internecie którędy wiedzie trasa.  Wpada pięknie 15. kilometr – nadal średnia 3’42”/km. Zmęczenie już jest, ale takie jak na 25-tym kilometrze maratonu – jeszcze można na tym sporo pocisnąć.
Za moimi plecami też walczą, może trochę mniej skoncentrowani na poszczególnych międzyczasach niż ja  🙂

                                                                                                                                                      źródło: wingsforlifeworldrun.com
                                                                                                                                                      źródło: wingsforlifeworldrun.com

Półmaraton przekraczam poniżej 1 h 17′ 50” czyli średnio 3’41”/km . Tak jakby połowa taktyki została zrealizowana. Za sobą nawet na długich prostych nikogo nie widzę, staram się trzymać tempo które sobie narzuciłem. Ale samotny bieg i utrzymywanie stałej prędkości już daje się mocno we znaki. Trzymam jednak kadencję w okolicach 180-183. Od 13. mili czyli od 20-go kilometra już nie ma stałych punktów odżywczych – są mobilne.  Mam cichą nadzieję, że będzie częściej woda. Okazało się że NIC z tych rzeczy 🙂

Po 22 kilometrze niestety trasa prowadzi na autostradę międzystanową nr 75. Nie widzę ani jednego drzewa, zaczyna się bieg w pełnym słońcu. Kark, ramiona i tricepcy zaczynają szczypać 🙂 . Zakładam czapeczkę na głowę. Do tej pory miałem ją przymocowaną sprytnym drucikiem 🙂 do paska z tyłu spodenek.

Około 22,5 km biegnę ostatni raz w cieniu

Łoooo matko 🙂 – czuję, że to ultra zapamiętam na długo. Jeszcze nie wiedząc za bardzo jak na ten gorąc 🙂 zareagować trzymam stałe tempo – Dariusz, tylko bez paniki 🙂 . Biegnę tak jeszcze następne 6 kilometrów. Na 28. km mam czas 1 h 43′ 12” – średnio 3’41”/km. Tak się zadumałem że przyspieszyłem 🙂 . Ostatnie 6 km wyszło po 3’40”/km.
Dzięki tej długiej prostej  mam widok za siebie na ponad 6 km, ograniczają mnie tylko oczy 🙂 . Oglądam się, trochę samochody policyjne mi zasłaniają – chyba nie widzę za nimi nikogo? Swoją drogą, to po co tych radiowozów za mną aż tyle jedzie ?? 🙂

Pić mi się chce już konkretnie, zjadłem ostatni żel 🙁 . Coś słabo to zaplanowałem – a dwa żele zostały w hotelu. Czuję że gapowe trzeba będzie wkrótce zapłacić w postaci cierpienia na trasie 🙂 . No dobra już – zapłacę 🙂 . Zwalniam trochę, żeby mi się mózg nie zagotował.  Przebiegam pod wiaduktem na drugą stronę autostrady, ale nic się nie zmienia. Ten sam kierunek, tak samo pali słońce, nawierzchnia rozgrzana więc ciepło jeszcze od dołu 🙂 .  Lekko zaczynam kalkulować jak to dalej rozgrywać. Nie żebym już umierał, ale z drugiej strony nie chcę kończyć w karetce i robić jakieś sceny 🙂 . Po pierwsze primo, na drugi dzień z rana zaplanowany jest już wyjazd do Orlando do Disneylandu 🙂 A po drugie primo 🙂 , dobrze jednak zachować jakiś związek biegania ze zdrowiem 🙂 . W końcu o to w tym chyba chodzi, chociaż biegając dzikie ilości kilometrów mam co do tego poważne wątpliwości 🙂 .
Następne 4 km biegnę już po 3’52”/km. 

Na 31. kilometrze jest tzw. agrafka – patrzę gdzie jest drugi zawodnik. Jest daleko, widzę tylko sylwetkę. Pozdrawiam przeciwnika papieskim gestem 🙂 Wygląda, że też  mu łatwo nie jest. Przewagę mam dużą, więc tym bardziej się nie spinam. Biegnę komfortowym tempem. Jak trzeba, to będę się zatrzymywał na punktach i pił na umór 🙂 .
Dalsze kilometry, to walka sam na sam z dystansem, słońcem i pragnieniem. Bezlitosna długa prosta ciągnąca się 20 kilometrów na północ.

Kibiców tyle co na każdej autostradzie – czyli zero 🙂 . Na którymś z punktów z wodą podano mi zmrożony, wilgotny ręcznik – ależ to jest znakomity wynalazek. Jakbym włożył głowę do lodówki 🙂 . Co prawda ten chłód trwa przez jakieś 100 metrów, ale dobre i to.
Przed kolejnym punktem z wodą przechodzę do marszu, żeby jak najwięcej skorzystać z tego picia. Piję wszystko – gatorade, redbull, zapijam wszystko wodą i jeszcze kubek wody na głowę. Jest doskonale! Ale za następne 500 metrów znowu mnie suszy.

Brakuje chyba przeciwnika u boku, żebym skupił się na walce a nie na użalaniu się jak jest ciężko 🙂 . Z drugiej strony to myślę sobie – Dariusz 🙂 , nie jest wcale tak tragicznie. Biegniesz z mega przewagą, nic ci nie dokucza, żadne skurcze ani bóle – kondycyjnie jest znakomicie!
Od około 35 kilometra to już na prawdę mam średni zapał by biec
🙂 ale wiem, że to się nie skończy tak szybko. Leciałem jak oszalały na początku, to trzeba dłuższej chwili zanim dojdzie mnie samochód. Już nie dopuszczałem myśli, że któryś z przeciwników mnie dogoni. W razie czego jest jeszcze energia pod butem na ewentualne odparcie ataku, ale na to się nie zanosi. Kolejne kilometry wpadają mozolnie, jakby każdy był coraz dłuższy. Może gps mi się zepsuł 🙂 . Tak biegnę kolejnych kilkanaście kaemów, wypatrując już tylko punktów z wodą. To są moje krótkookresowe cele do zdobycia 🙂 . Zdobywam kolejne jak trofea. Przyzwyczajam się do tej monotonii i samotnego biegu.
Nagle lekki orient – zaczynam słyszeć w oddali helikopter – to znak, że zbliża się samochód. Dariusz jesteś prawie zwycięzcą 🙂 . No i teraz to mi się już bardziej chce biec! 🙂  Ale Catcher Car pędzi już 34 km/h czyli 1’45”/km – długo raczej nie tak wytrzymam 🙂 .
No i jest, w końcu jest!!! Słyszę okrzyki, oglądam się – KONIEC. Zmęczenie nagle mija, przybijam piątki z rowerzystami i ze wszystkimi dookoła. No i wielkie halo – wygrałem! 🙂

Krótki wywiad, chwila rozmowy z obstawą, na koniec sesja zdjęciowa z pucharem w różnych układach 🙂 No tak to wygląda po biegu, ale za to wody już pod dostatkiem! Wszystko znakomicie, ponownie przeprosiłem się ze słońcem. Czekało mnie w końcu jeszcze 7 dni w jego towarzystwie 🙂

Zanim pojawiliśmy się ponownie w BB&T minęło kilkanaście dłuższych chwil. W drodze wypiłem dwie butelki wody, czułem że jestem odwodniony jak nigdy. Dobra pogawędka w czasie jazdy – jednak Amerykanie to są wyluzowani 🙂 . Po powrocie jeszcze kilka wywiadów, zdjęcia z innymi uczestnikami – no działo się. Niestety nie dane mi było spotkać się z którymś z rywali. Z Jackiem zamieniliśmy kilka słów e-mailem – jemu też brakowało wody na trasie 🙂 .

Poczułem lekki głód, więc chciałem już wracać. Odgrzebałem kluczyki do auta, przebrałem się z ulepionego od słodkiego gatorade i redbulla stroju i z pomocą google maps w kilkanaście minut byłem pod hotelem. Wszedłem tylnym wejściem po schodach, żeby uniknąć pytań na recepcji no i nie zmieniać mikroklimatu w windzie 🙂 . Dalej to już z górki – graty od dziewczyn, tysiące wiadomości do przekazania najlepiej w 1 sekundzie 🙂 . Gonitwa myśli i wrażeń z obu stron. Potem kąpiel i ogień na miasto – sukces trzeba uczcić – było oczywiście obficie 🙂

Pizza u Anthony’s Coal Fired Pizza w Plantation – MEGA 🙂

     Podsumowując – wszystko poszło (i nadal idzie) tak łatwo i cudownie, że trudno w to uwierzyć. Udało się w zdrowiu zawalczyć z upałem, który był w tym dniu najgroźniejszym rywalem.  Odwodnienie było jednak ekstremalne, idąc w niebezpieczne szczegóły 🙂 to pierwsze sikanie było w poniedziałek około południa.
Wybiegając lekko w przód – bieg nie pozostawił na ciele żadnych ran 🙂 . Poniedziałek upłynął pod znakiem podroży do Orlando i ośmiogodzinnym rajdzie po Disneylandzie. Chwilami zapominałem, że w przededniu coś biegłem 🙂 Na pewno bieg dodał siły mentalnej, kolejne samotne kilometry w wymagających warunkach hartują psychikę.

Na koniec – należą się podziękowania dla wszystkich, którzy trzymali za mnie kciuki, dla tych co wierzyli, ale też dla tych co wierzyli mniej 🙂 . Dzięki za motywację i wsparcie – w chwilach większego zmęczenia takie rzeczy mają duże OGROMNE znaczenie, żeby przetrwać kolejny kryzys i biec dalej 🙂 .
Słowa uznania także dla pozostałych zwycięzców. Największym zwycięzcą tej edycji jest chyba startujący w Szwajcarii David Mzee i jego 390 m!! – przeczytajcie koniecznie jego historię.
Wyrazy uznania dla tych startujących razem ze mną – wspólnie nie daliśmy się słońcu na Florydzie!

I tak pierwszy etap podróży zakończyliśmy pełnym sukcesem. Drugi etap – zwiedzanie Florydy był dopiero przed nami –  o tym wkrótce 2 słowa też będą. . .  Pozdro!

Vickers Jillian, Lutin, Alejandro i Wioletta Paduszyńska

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: