Wings For Life 2020 AppRun – relacja

Na początku marca uległem delikatnie powszechnemu odrętwieniu 🙂 w związku z COVID-19. U mnie na szczęście to było chwilowe i trwało tak ze 2 dni. Zdążyłem wrzucić na bloga tekst jak według mnie dalej potoczy się sytuacja związana z bieganiem. No i kurcze sprawdziło się 🙁


Gotowy byłem luzować z formą w oczekiwaniu na lepsze czasy 🙂 Była jednak chwila zadumy. Szybko się połapałem, że nie tak to wszystko powinno wyglądać. Nie żebym był na 100% przekonany o tym, że nie ma żadnego wirusa 🙂  Chodzi bardziej o reakcje które w mojej ocenie były nieadekwatne do tego z czym się mierzymy. 
Jeśli chodzi o samo bieganie – zadałem sobie pytania: No to w końcu po co ja biegam? Czy dla samych zawodów? Czy wystarczy, że odwołają bieg i nagle nie mam po co biegać? 🙂
Jakiej odpowiedzi sobie udzieliłem – zgadujcie.

Restart trenigu

Bez chwili zwłoki zacząłem kończyć szlif formy z jeszcze większą motywacją. Jeszcze w marcu zrobiłem kilka budujących treningów. Na początku kwietnia w środę po pracy 🙂 wyszedłem i pobiegłem maraton. Luźno z jednym założeniem – ma być w drugim zakresie. Weszło nadzwyczaj gładko – udało się pobiec tylko 4,5 minuty wolniej od mojej życiówki. Jak dla mnie był to cudowny czas treningowy: 2h 29′ 16”. Wszystko na średnim HR 149, z minimalnym negative splitem. Oczywiście w trakcie biegu nie kontrolowałem każdego międzyczasu, dosłownie kilka razy spojrzałem na zegarek. Chyba nie muszę pisać jak było z motywacją po treningu??

Odczekałem 1,5 tygodnia i ponownie wpadło kolejne szybkie bieganie. Tym razem dystans półmaratonu. Biegłem w towarzystwie Florka. I chociaż założenia czasowe na ten trening były w okolicach 1h 15′-1h 16′ to lecieliśmy dużo szybciej. Ostatecznie zegarek zatrzymałem na 1h 12′ 16” – 2 minuty gorzej od mojej życiówki. Całość w 2 zakresie intensywności, jedynie z krótkim wejściem w 3 na końcówce. To oczywiście zapowiadało wszechmoc 🙂

No i zostały dwa tygodnie do Wingsa. Nie nastawiałem się jakoś bojowo na ten bieg, ale im bliżej tym bardziej mi się chciało poszarżować. Skrzyknęliśmy się z kolegami: Dariuszem Korzeniowskim, Piotrkiem Żubińskim, Pawłem Łoczewskim i Łukaszem Rutkowskim na wspólne bieganie. Postanowiliśmy pobiegać razem u mnie na pętli.

Trasa

Początkowo myślałem o pętli dookoła SGGW. Tamtejsza trasa jest jednak dosyć wymagająca. Długa prosta, bezlitosna w wietrznych warunkach, a jak wiadomo w tym roku codziennie wieje 🙂 Dodatkowo są tam spore przewyższenia. No to pomyślałem, że jak już mamy ten komfort wyboru trasy to przynajmniej sobie nie utrudniajmy zadania 🙂 Padło na moją znakomitą pętlę 2,4 km pod samym domem. Może nawierzchnia nie jest zbyt równa, są ostre zakręty – no ale miejmy umiar w tych udogodnieniach:)

Pętla treningowa na Ursynowie, którą przebiegłem już 3024 razy 🙂

Tydzień treningowy bezpośrednio przed Wingsem zrobiłem bardzo luźny. Od niedzieli do soboty przebiegłem w sumie 60 kilometrów w tempie easy. Te luźne biegi wchodziły poniżej 4min/km z niskim tętnem w okolicach 135. W przeddzień lekkie ładowanie węglowodanami bez słodyczy. Wcześniejsze dni to wiadomo – dieta no-limit 🙂 W sobotę zamiast odpoczywać musiałem z różnych względów zrobić w sumie 14 km biegu ale już nie drążmy tego tematu 🙂 Jeszcze przyplątał się jakiś ból prawej łydki. Normalnie niewiarygodne, luźny tydzień najcięższą rzeczą jaką zrobiłem to koszenie trawy a łydka boli. No ale przecież się nie będę się z tego powodu smucił. Najwyżej zrobię jedną pętlę w ramach Wingsa i wrócę do domu. Będzie cała niedziela dla rodziny. Na noc wsmarowałem to placebo – Voltaren 🙂 i niech się dzieje co chce.

Startujemy

W niedzielę wstałem, posnułem się trochę po mieszkaniu. Łydkę czuć 🙁 Niestety dużo czasu do startu a zatem kawy i desery wjechały. Z tym to trudno jest się powstrzymać. Oczywiście wszystko z umiarem, ale nie jest to idealne przedstartowe zywienie. Wyciągnąłem z garażu stolik na picie/żele i o 12:30 z ekipą grzaliśmy się już do biegu.

                                                                                                            Ekipa WFL 2020

Czekaliśmy jeszcze na Florka, ale koniec końców nie dotarł. Puściliśmy aplikację i w drogę. Ja nie włączyłem początkowo transmisji danych w telefonie. Chwilę się z tym mocowałem no ale w końcu udało się wystartować apkę. Zacząłem ze 150 metrową stratą.

Początkowe kilometry to rozpoznanie, delikatnie na hamulcu po 3’40”-3’45”/km i tak do 8. kilometra. Niestety wiało. Spróbowałem pobiec okrążenie w odwrotnym kierunku, ale nie było lepiej. Wróciłem zatem do okrążeń zgodnie z ruchem zegara. Z każdym kilometrem przyzwyczajałem się do tego wiatru, szło coraz łatwiej. Zaczęły wpadać kilometry poniżej 3’40” co mnie specjalnie nie cieszyło. Wiem, że początek zawsze jest łatwy a potem przychodzą cięższe chwile. Ale nie celowałem za wysoko. Na początku jako cel 45-50 km było dla mnie satysfakcjonujące.
Aplikacja co kilometr krzyczała do mnie z kieszeni, ja biegłem bez istotnego zmęczenia. Nawet kilometry, które były pod silny wiatr wpadały poniżej 3’40”. Postanowiłem nie robić drastycznych ruchów, biegłem w komfortowym dla siebie tempie czekając na rozwój sytuacji. Ekipa biegła swoje, w zasadzie to każdy biegł samotnie we własnym tempem.

                                                                                          Ultras Łukasz znany także jako Soky 🙂

Piotrek Żubiński

Piotrek Żubiński

Zanim się obejrzałem minąłem półmaraton. Czas 1h 17′ (3’39”/km). Szybka kalkulacja – maraton powinien być w około 2h 34′ – akceptowalnie jak na międzyczas. Wpadały jakieś szybkie kilometry poniżej 3’35”. To było zupełnie niepotrzebne. Niestety takie szarże potem kosztują. To wszystko przez chwilowe zamyślanie się 🙂 .

Międzyczasy półmaratonu

Zmęczenie po połówce było niewielkie. Leciałem dalej z uśmiechem. Wyszło słońce, zaczęło się robić gorąco jak na bieg ultra. Nie czułem miejsca w żołądku na picie. Dla formalności co druga pętla symboliczny łyk izotonika. Oprócz mnie na trasie oczywiście reszta walczyła dzielnie.

Paweł Łoczewski

Paweł Łoczewski

U mnie cały czas szło gładko. Okrążenia mijały akceptowalnie szybko jeśli chodzi o nudę. Walka z wiatrem jakoś już nie robiła na mnie wrażenia. Po prostu pod wiatr lekko przyspieszałem, żeby na tym odcinku nie tracić. Jak wiało mniej – leciałem siłą rozpędu. W ultra dobrze jest nie cisnąć jeśli to nie jest już końcówka. Po prostu trzeba biec szybko, ale przy tym luźno i bez wysiłku – to jest taka moja rada 🙂 No i zgodnie z tą zasadą – nie cisnąłem. Żeby nie darcie się gościa z aplikacji – miałem dźwięk w telefonie rozkręcony na full – to pewnie bym tak leciał i myślał nie wiadomo o czym. Ale co kilometr jazgot z apki mnie otrzeźwiał 🙂 Zbliżałem się w żywym tempie do maratonu. Niestety znowu jakieś dzikie szarże i wpadły kolejne zbyt szybkie kilometry.

Po prostu tak nie wolno biegać ultra 🙂 Szczególnie w samotnym biegu, jak nikt nie wywiera presji. Nie ma dylematu, żeby z kimś się zabrać, więc trzeba biec równo, spokojnie. No ale ja biegłem niespokojnie. Jakbym zakładał, że zaraz będzie finisz. Maraton minąłem w czasie 2h 32min. Druga połowa dystansu wyszła w 1h 15 min (3’33”/km) I po co tak gnać? 😉 To dla mnie było szybkie tempo. Tzn. szybkie jak zobaczyłam czas – o zmęczeniu oczywiście nie było mowy. Dla porównania w najszybszym maratonie w życiu pierwsza połówka wpadła w 1h 12 min a druga w ponad 1h 13 min. Zatem tutaj jak na międzyczas w ultra było szybko. Ale nie robiłem z tego afery. Trzymałem to tempo.

 okolice maratonu
Jeszcze przed 40. kilometrem doprecyzowałem swój plan. To już nie 45-50 km było dla mnie celem. Teraz chciałem – żeby nie powiedzieć że żądałem – 50-ciu kilometrów. Gdzieś podświadomie bez liczenia czułem, że moja średnia prędkość to sporo poniżej 3’45”/km. Tyle miał Rosjanin Ivan Motorin biegnąc w Izmirze i ustanawiając rekord Wingsa w 2019 roku. Dokładnie nabiegał 64,37 km. No ale do 64. kilometra to ty masz jeszcze kawałek samotnego biegu – pomyślałem.
W zasadzie to już chyba mi te samotne biegi weszły w krew. Psychika się zahartowała. Po maratonie czułem, że dopiero zaczynam zabawę, jakby to była rozgrzewka. Oczywiście jakieś zmęczenie pewnie było odczuwalne, ale jak się biegnie 8km easy to też jest jakies zmęczenie 🙂 . 

Teraz byłem pewny, że nie ma innej opcji – do 50 kilometra na bank dam radę. Spodziewałem się, że tempo może trochę spaść, ale może nie jakoś drastycznie. Zbyt dużo mocy jeszcze dostępne było pod butem. No i rzeczywiście – tempo odrobinę spadło. Wpadł juz tylko jeden „zły” kilometr 🙂 .

Na 45. kilometrze prawa łydka zaczęła dochodzić do głosu. Ale to nie był jakiś krzyk, raczej takie przypomnienie „halo ja tu jestem” 🙂 . Niestety bieganie ultra ze śródstopia ma swoje wady. Łydki mocno przy takiej technice dostają w łeb. Nie jest to super ekonomiczna technika. Ale nie po to tyle pracowałem nad zmianą z „pięto-biegacza”, żeby teraz kombinować w drugą stronę. Trzeba lecieć swoje i dopóki się da – nie kombinować. Wyuczony, naturalny bieg jest automatyczny, mniej angażuje głowę. Przede wszystkim każda część organizmu pracuje wtedy w harmonii bo to jest zakodowane. Każdy mięsień wie co ma robić. Jeśli zaburzymy technikę, nagle zaczynają działać jakieś kompensacje. Pracują mocniej inne, mniej wytrenowane mięśnie. Biegłem dalej po swojemu.

No i dobiegłem do 50. kilometra, czas: 3h 00′ (3’37”/km) . Było naprawdę wporzo! Z czym to by porównać – pomyślałem. Nie znam czasów w jakich biega się 50tki. I tutaj przypomniał mi się mój idol – Niemiec Florian Neuschwander Gość jest po prostu niesamowity. Biegnie na treningu np. maraton w 2h 23 min 🙂 Przez chwilę był rekordzistą świata na 50km na bieżni. Zapamiętałem kartkę z napisem 2h 57′ 25” (3’33”/km). Potem ten rekord porwał mu wspomniany wcześniej Rosjanin Ivan Motorin 🙂

No to sobie pomyślałem że jak lecę 3 min gorzej od rekordu świata … 🙂 No dobra, wiem że co innego bieżnia a co innego chodnik. Chociaż chwilę musiałbym się zastanowić gdzie jest trudniej. Może to dobry pomysł, żeby spróbować tej bieżni i się przekonać 🙂 . Tyle że Motorin lekko pozamiatał bo wyśrubował rekord do 2h 44′ 19” (3’17”/km)  🙂

Ale prędko wracamy bo ja cały czas biegnę 🙂 . Już z Florianem i jego kartką w głowie czuję, że to jest całkiem srogie tempo. Tu trzeba wyznaczać kolejne ambitne cele. Naturalnym następnym przystankiem był rekord Wingsa Motorina – 64 km. No to co tu dumać – leć Dariusz leć po ten rekord 🙂 . Chwilę to skalkulowałem – no nie może być inaczej, tu jest zapas taki, że jak się nie wyłożę na glebę to rekord padnie. Tutaj już chude kilometry zaczęły się pojawiać. Początkowe szarże, te diabelsko złe kilometry w czerwonych ramkach zaczęły naliczać swoje odsetki. Ale to było dla mnie nadal zadowalające tempo. Przecież szaleństwem byłoby oczekiwać, że będę po 60. kilometrze nadal szarpał poniżej 3’35”/km.

Zatem optymizm był nadal duży. Na 59. kilometrze krzyknąłem Kasi – „jest wporzo, robię dwa kółka i za chwilę jestem w domu”. Już każda łydka dostawała pojedynczych skurczy, ale próbowałem się od tego zdystansować 🙂 Za to wszystkie inne kontrolki paliły się soczyście wiosenną zielenią.
Na następnym okrążeniu (61,5. km) już stolik był sprzątnięty, Kasi nie ma 🙂 Ona naprawdę uwierzyła, że ja dokładnie po tych dwóch okrążeniach zejdę z trasy i wrócę do domu . Przecież to taka simplifikacja, metafora, aproksymacja była 🙂 . Wyobrażacie sobie, że samochód nadal jedzie, a ja będąc umiarkowanie zmęczonym wracam do domu na obiad? 🙂 Żarty jakieś. Biegłem dalej, na pętli już nikogusieńko no tylko ja. Ale teraz to już nie ma takiej siły która mnie powstrzyma. Dynamika biegu już nie taka jak na początku. Dużo pokorniejszy styl biegu 🙂 Nadal jednak nie odpuszczam. No i skosiłem ten rekord! A jakże! 65. kilometr minąłem w czasie 3h 57 min (3’39”/km).


No muszę przyznać, że byłem spełniony. To było dużo ponad moje początkowe oczekiwania. Nawet jakoś zwolniłem i to nie wynikało ze zmęczenia. Ale biegnę dalej, nie chcę złapać żadnego kilometra powyżej 4 minut. Patrzę na zegarek 4 godziny biegu za mną – no przydałoby się już usłyszeć ten samochód. Musiałem jeszcze dokręcić pełne okrążenie zanim mnie dorwał. Ale JEST! Pięknie wyszło, jest euforia biegacza. Zadanie na dziś wykonane z nawiązką. Jest pięknie 🙂  Wszystkie kaemy weszły poniżej 4min/km. Średnia z całości 3’40”/km (16,36 km/h)

Czas wracać do domu na pieczonego kurczaka 🙂 Pół niedzieli przelatane po ursynowskich chodnikach, ale nie mam wątpliwości – to były dobrze przepalone kalorie – dokładnie 4600 kcal.


Trochę minerałów zostało na twarzy i na koszulce 🙂

Epilog

Jak już się ogarnąłem to czekała mnie kolejna znakomita wiadomość: ten samotny bieg dał mi 3 miejsce w globalnej klasyfikacji. Od początku w ciemno zakładałem, że Florian zrobi sobie jakiś wymagający trening i wygra tę rywalizację. Tutaj jednak zaskoczenie – wygrał Brytyjczyk Michael Taylor. Dołożył kolejne 2,5 kilometra do mojego wyniku skubaniec 🙂 Muszę go zapytać czy też tak szarżował  jak ja na początku 🙂 No i czy biegł z jakimś konkretnym celem w głowie czy po prostu tak wyszło.
Jak się okazało Florian był 4. tuż za mną z wynikiem 64,39 km (3’42”/km) – czyli wyrównał osiągnięcie Rosjanina sprzed roku. Drugi był Aron Anderson który już dwa razy wygrywał całego Wingsa.
Chwilę musiałem poczekać, aż dane z mojej aplikacji się zsynchronizują bo w transmisji live, przez cały bieg wyglądało jakbym cały czas stał na starcie 🙂 No ale pracuję w IT, więc wiem jak te aplikacje mogą funkcjonować w kluczowych momentach 🙂

Klasyfikacja WFL 2020 apprun

Jakie wnioski?
Otóż czeka mnie trochę pracy nad kontrolą tempa. Trzeba to jakoś opanować i nie marnować energii na szarpanie się. Trochę się usprawiedliwiam tym, że założenia ewoluowały w trakcie biegu. Nie było zatem od razu to takie oczywiste, że jest szybko.
Drugi wniosek tym razem pozytywny: jest potencjał do szybkiego i długiego biegania! Można by tym tempem jeszcze sporo kilometrów pokonać. Szkoda, że Rosjanin nie wyśrubował bardziej tego rekordu 🙂 Pewnie z większą chęcią bym po niego gnał. Zawsze będzie to można zrobić za rok 🙂
Po trzecie: są zidentyfikowane jednostki treningowe, które robią dla mnie dobrą robotę. Kluczowe okazuje się bieganie mocnych jednostek na wyższym poziomie, ale rzadziej i nie w trupa. To ostatnie w moim przypadku nie jest zalecane. Nie można się też bać robić wolnych dni od treningu. Wypoczęty organizm lepiej przyjmuje mocniejsze jednostki. Niby to takie oczywiste, ale niuanse przekładają się na duże różnice w formie.
Czwarty wniosek: bieganie z aplikacją jest tak samo emocjonujące jak z catcher-carem. Na Florydzie biegłem sam od startu do „mety”. Tutaj przynajmniej miałem towarzystwo na pętli, głos z aplikacji co kilometr no i wsparcie żony i kolegów. Za to ostatnie należą się ogromne brawka! 🙂

Na koniec – dziękuję wszystkim za wspólny bieg i kibicowanie. Jedno jest pewne – trzeba planować jesień z duuużym rozmachem!  🙂 

Statystyka:

Pierwszy kilometr najwolniejszy 3’50”/km
Pierwsze 10 km – 36’47” (3’41”/km)
Półmaraton 1h16’50” (3’38”/km)
Maraton 2h32” (3’36”/km)
50 km 3h00′ (3’37”/km) w Rumuni 2019 na Mistrzostwach Świata dałoby to 1. Miejsce wśród Polaków i 18. open 🤩
60 km 3h38” (03’38”/km)
samochód mnie dorwał na 67,3km (3’40”/km – 16,37km/h)
Pobiłem rekord Wingsa Ivana Motorina z 2019r.(64,37km) o prawie 3km🤩
Do tegorocznego zwycięzcy Michaela Taylora (69,92km) zabrakło ponad 2km 😃
Wypiłem 600ml izotonika
Zjadłem jeden żel
spaliłem ok. 4600kcal
Straciłem na wadze 4,5kg
Cały wyścig to 28 pętli mojej trasy treningowej na Ursynowie

 

 

2 komentarze

    1. qrcze – ja miałem wrażenie że wszyscy w promieniu 100km o tym wiedzą 🙂 Ta komunikacja nadal szwnakuje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: