Koral Maraton 2019 – relacja

Zwykle w moim kalendarzu biegowym sprawdzian formy przed głównym startem jesieni czyli Maratonem Warszawskim robię w Warszawie. Pod koniec sierpnia, tj. na miesiąc przed maratonem rozgrywany jest Półmaraton Praski. Na miejscu, elegancko wyrywam się pod wieczór na 2 godzinki na Pragę, biegnę wracam – nie ma tematu 🙂 .

W tym roku plany trochę się pokrzyżowały i musiałem zrezygnować z tego startu. Tragedii nie ma – uznałem, że będzie bez sprawdzianu 🙂 . Ale jednak jak już się nastawisz na ściganie to w głowie ziarno kiełkuje i trudno to przezwyciężyć 🙂 . Od środy już na dobre zacząłem się rozglądać nad jakimiś zawodami. Krynica i festiwal biegów wydawał się znakomitą imprezą – żal nie skorzystać. Biegów do wyboru do koloru – tu: Program Imprezy. Minus to oczywiście odległość: ponad 4 h drogi z Warszawy. Ale przecież jak sobie czegoś zapragniesz to przeszkody/problemy zamieniają się po prostu w wyzwania 🙂 .

Mocno kusił start w Życiowej Dziesiątce – szybka prowadząca cały czas w dół trasa. Na pewno byłoby solidne przepalenie DPF-a 🙂 i myślę że nieoficjalny rekord życiowy. Oczywiście nie na poważnie z racji mega łatwej trasy. Jednak termin sobota: o godzinie 11:00 okazał się niezbyt szczęśliwy dla przyjezdnego zawodnika pracującego na etacie 🙂 Został do wyboru półmaraton albo maraton – padło na ten drugi. Wybór z punktu widzenia startu głównego, czyli maratonu w Warszawie trochę ryzykowny. Odstęp między biegami to tylko 3 tygodnie. Ale pomyślałem że jak mam jechać 400 kilometrów tylko dla połówki to łzy stanęły w oczach 🙂 Gdzie tam, trzeba iść na całość.

Pomijając jakże ciekawe szczegóły 🙂 z podróży, odbierania numeru i kwatery – szybki jump na start.

Start

Niedziela, 7:05 rano – tak ustalono termin startu Koral Maratonu. W nocy padało, zrobiło się chłodno. W perspektywie ponad 2 godzinnego wysiłku to dobrze, ale rozgrzewka szła mi z dużym trudem 🙂 Jak ja uwielbiam te poranne bieganie to może następnym razem napiszę 🙂 Na rozgrzewce widzę Rafała Czarneckiego – ależ dosko! – będzie z kim biec.

Plan na bieg był czysto treningowy i mocno improwizowany. Generalnie chciałem przebiec ten maraton na umiarkowanym zmęczeniu ze świadomością, że to najtrudniejsza trasa maratońska jaką w życiu leciałem 🙂 . Trochę to brzmi jak oksymoron no ale taki był plan. Lekka obawa o brak chłodnej głowy jest zawsze. Adrenalina i chęć walki nieraz są silniejsze i muszę nad tym panować. W tym przypadku nie chcę liczyć na cuda – szansa na akceptowalną regenerację w 3 tygodnie jest jakkolwiek możliwa tylko pod warunkiem że pobiegnę tutaj zachowawczo.

Trasa

Profil trasy jest delikatnie mówiąc trudny 🙂 Dla mnie szczególnie, bo podbiegi na maratonach w Warszawie na Belwederskiej czy na Tamce mają może 20 m przewyższenia a i tak jest płacz i żal do organizatora 🙂 . Tutaj podbiegów było w sumie 320 m a od 21-22. kilometra wbieganie wyżej niż na Pałac Kultury. Szczerze, gdybym tu walczył o wynik to trochę bym się tego profilu przestraszył. Z racji tego, że biegłem trening to raczej byłem ciekawy co tam pod koniec się wydarzy z mym ciałem 🙂 Byłem gotowy nawet przejść do marszu jak będzie ciężko.

Ruszyliśmy. Najpierw spokojnie nawet trochę rekreacyjnie. Trasa początkowo jest łatwiutka, biegliśmy wręcz na hamulcu. Nawet Kenijczyk został za nami. Rozejrzałem się kto jest w czołowej grupie. Jest oczywiście dobry maratończyk Rafał Czarnecki, którego w przyszłości muszę jeszcze pokonać 🙂 , jest Jacek Sobas którego do tej pory znałem tylko z FB, jest Zbigniew Kalinowski – zamieniliśmy trzy słowa przed startem – bojowo nastawiony. Generalnie czuję że całość zapowiada się optymistycznie.

Pierwsze 3 kilometry w granicach 3’28”/km. Za nami Kenijczyk biegł analizując przeciwników 🙂 . Na pewno startował z myślą o wygranej, dwa dni wcześniej wygrał bieg na 15 kilometrów. Nagrody pieniężne za podium w Koral Maratonie też są. Odpowiednio za pierwsze miejsce 3 tysie, drugie miejsce 2 tysie i tysiak dla trzeciego.

Po 3-4 kilometrach Kenijczyk mocno ruszył do przodu. Zrobiliśmy kilometr w 3’15” i jednogłośnie odpuściliśmy kolegę mocno zwalniając. Niech leci jak nie chce biec z elitą 🙂 .
Ustabilizowaliśmy tempo w okolicach 3’25”/km. Biegło się na prawdę luźno, Rafał nie forsował tempa, mnie też na tym nie zależało. Jakoś szczególnie nie pilnowaliśmy czasów kolejnych kilometrów. Taki bieg bez ciśnienia o każdy międzyczas zaczął mi się nawet podobać 🙂 . Dodatkowo ukształtowanie trasy nie pozwalało złapać punktu odniesienia. No bo jak ocenić pierwszą dyszkę w okolicach 34 minut, jak trasa cały czas jest z górki?  🙂 .

Z górki cały czas na hamulcu (źródło: onet.pl)

Dobiegliśmy do Muszyny, trochę wzrosła temperatura i zaczęła się lekko pofałdowana trasa. Wszystko jeszcze akceptowalne na tym etapie biegu. Zmiany dawaliśmy sobie dosyć często, na pewno nie było wożenia się na plecach.

Fałdy na trasie (źródło: onet.pl)

Miałem wrażenie że przez te podbiegi tempo trochę „siadło”. Teraz jednak patrzę to na 17-tym kilometrze prognoza była na 2:22 ? 🙂 – zdumiewające. U mnie garmin trochę tutaj dodał.

Najpierw straciliśmy z grupy Jacka potem lekko odpuścił Zbigniew. Chwilę przed nawrotem zobaczyliśmy ile tracimy do Kenijczyka – było jakieś 45 sekund. Rafał miał jednak na celu dognanie lidera. Ja to raczej bym się powstrzymał 🙂 ale samemu na tym kilometrze to zostawał nie będę. Tempo lekko wzrosło. Zacząłem już myśleć o prawie mitycznym podbiegu jaki nas czekał. Czułem, że będzie to jakieś osobliwe przeżycie 🙂 .

Półmaraton minęliśmy w okolicy 1h 13min (3’27”/km). Biegliśmy we dwóch, przed nami Kenijczyk. Zaczęły się kilometry pod górę. Najpierw łagodnie, ale już odczuwalnie. Zbieg który nas napędzał od Powroźnika do Muszyny, teraz lekko dawał znać o sobie. Nie oglądaliśmy się za siebie, raczej nikt nie był blisko nas. Widoki po drodze bajeczne. Góry, lasy, żeby nie te podbiegi to byłoby idealnie.

Takie widoki nam towarzyszyły przez 90% trasy 🙂 (źródło: onet.pl)

Lekko się posiliłem, ale jakoś żel nie podszedł – trochę jak pierwsza lufka na imprezie 🙂 Jakiś wewnętrzny bunt w środku organizmu i uznałem, że trzeba chwilę odpocząć. Zwolniłem do tempa w okolicach 3’38”/km. W tym czasie odskoczył mi Rafał. Nie zamierzałem teraz za nim gnać. Czekałem aż mi trochę przejdzie bo przecież przede mną duży podbieg.

Teraz szło już trochę ciężej. Nie mogłem złapać w pełni oddechu, ale przynajmniej ból się nie nasilał – był w miarę akceptowalny. Na trasie biegliśmy już razem z pół-maratończykami, którzy wystartowali po nas i w części mieli wspólną trasę. Niby nic a robi różnicę – pozwoliło to trochę zapomnieć o trudnościach i przyspieszyć.
Dobiegłem do Tylicza, tu już spodziewałem się, że będzie coraz trudniej. Długi łagodny podbieg zaczął się lekko wyostrzać. Z każdym krokiem czułem, że grawitacja mocniej działa 🙂 . Udawało się utrzymać tempo w granicach 3’40”/km a dalej to było bardzo trudno. Tak wyglądały najcięższe kaemy tego poranka.

Powiem tak: podbieg jest rzeczywiście konkret 🙂 Długi i stromy. Starałem się nie cisnąć. Cały czas z tyłu głowy miałem przyszły start w Warszawie. Nie mogłem tutaj się za bardzo sponiewierać, choć warunki ku temu były wyśmienite 🙂 Miałem wrażenie, że nawet lekko zbliżyłem się do Rafała, a może to tylko wrażenie – trudno ocenić.
W końcu wdrapałem się na szczyt. Oceniam sytuację: nogi wporzo! Nie ma tragedii, to zapewne dlatego, że nie cisnąłem – teraz już tylko zbieg. Ale jaki zbieg? 🙂 Od 39. kilometra przez nieco ponad 2 kaemy zbiegam 150 m w dół (no wiem że to pleonazm ale jest lepsza dramaturgia 🙂 ). Nawierzchnia miejscami mokra po nocnym deszczu, niekoniecznie idealnie płaska w dodatku trochę zakrętów. W nogach siedzi już grzecznie ponad 39 kilometrów. Ma to duży wpływ na kontrolę trakcji. Czyli wygląda, że cel jest jeden – tak się rozpędzić, żeby nie zaliczyć gleby.

Prawdziwa perełka dla mistrzów zbiegów – dla mnie akurat to nie 🙂 Wbrew pozorom to zbieganie nie jest takie proste jak by się mogło wydawać. Z drugiej strony na Biegu 7 dolin zbiegają (albo schodzą?) na kilku kilometrach 500 m mając ponad 90 km w nogach 🙂 .

Zwiększyłem kadencję, wydłużyłem krok, rozbujałem ręce i lecę 🙂 Na tamtą chwilę tempo 3’05”-3’09” okazało się optymalne pod względem bezpieczeństwa. Chwilami rozpędzałem się nawet do ponad 21 km/h (ok. 2’50”/km) ale wolałem nie ryzykować. Rafał nie był aż tak blisko a wywrotka mogła mnie sporo kosztować.

Zastanawiałem się jak by wyglądał ten zbieg biegnąc ramię w ramię z przeciwnikiem. Można by było się trochę zmierzyć, na większym ryzyku 🙂 . Ale potem dziękowałem, że nie dane mi było podjąć takiej próby.
Po zbiegu zaczął się kawałek płaskiego odcinka, w zasadzie sama końcówka lekki finisz i dobiegłem do mety. Czas 2 h 30 min 20 sek – dało mi to 3. miejsce!

Na dekorację niestety już nie zostałem. Była w programie dopiero za kilka godzin. Trochę szkoda, bo to moje pierwsze podium w maratonie w życiu.  Chciałem jednak zdążyć  na popołudniową kawkę do Warszawy 🙂

Podsumowanie

Trzy słowa na koniec: Coś czuję, że w przyszłości jeszcze wpadnę do Krynicy na Festiwal. Nie wiem czy ponownie na Koral Maraton, kusi oczywiście ultra. Może jakiś krótszy bieg po górach, żeby zobaczyć jak to wygląda? W kalendarzu jednak ten okres jest bardzo ciasny. Traktując poważnie start w Krynicy trzeba odpuścić mocne bieganie w Warszawie. I takie to są te moje rozterki.
Teraz jednak skupiam się na starcie docelowym tej jesieni który już za dwa tygodnie. Będzie walka o 2:25 bez ogonów 🙂 a jeszcze lepiej 2:24. No jakże byłoby znakomicie!
BTW – szukam pacemakera, więc gdyby ktoś to ruf mich an – sofort 🙂

 

Summary
Review Date
Reviewed Item
Koral Maraton
Author Rating
51star1star1star1star1star

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: