Projekt: Maraton 2:24 – Tydzień #3

    Błędy popełnia każdy, ale żeby takie oczywiste jak ja w tym tygodniu – to już przesada 🙂 . Zmęczenie jest podstępne i zawsze się czai za rogiem. Ty musisz być czujny jak gajowy żeby się nie dać – wygląda na to że w tym tygodniu się dałem 🙂

Poprzedni weekend wydawał się łatwy i przyjemny. Niestety przytuliłem przez te dwa dni aż 32 kilometry. Niby człowiek racjonalnie myśli a jakiś szatan skusi, żeby kręcić licznik kilometrów bez opamiętania 🙂 . Ale można było jeszcze przechytrzyć to zło robiąc sobie po takim weekendzie poniedziałek wolny. Żal jednak nieprzejednany, że zaraz forma spadnie na to NIE pozwolił 🙂 . To jest właśnie typowo amatorskie podejście do tematu treningu! Ale po kolei.

Poniedziałek

    Zero odczucia zmęczenia. Zaplanowałem mocne bieganie. Uznałem że znakomitym treningiem będzie 3 x 2,4 km na przerwie 3 minuty. Dawno takiego treningu nie biegałem zatem będzie to nowa przeszkoda dla organizmu. Rozgrzewka 2,4 km ale tempo jakieś nienaturalnie wolne – 4’50”/km. Fokus jednak na główny trening – nic się nie dzieje 🙂 . Podobny trening wstawiłem Marianowi  tylko odcinki po 2 kilometry no i innym tempem 🙂 . Rozpisałem dokładnie jak ma to biegać, żeby zbyt dużo betonu nie wlał sobie w nogi już na pierwszej dwójce. Ponieważ rady były prosto z serca 🙂 – sam je zastosowałem.
Pierwszy kilometr zachowawczo 3’11”, teraz trzeba było lekko przyspieszyć – tak napisałem Marianowi. Zwiększyłem tempo – drugi kilometr w 3’22”. No nie wierzę 🙂 . Jeszcze ostatnie 400 m w tempie 3’17”/km ale zdecydowanie to nie był mój dzień. Pomachałem kończynami pod pozorem gimnastyki i trucht do domu. Wróciłem na tarczy – 7,5 km niepotrzebnie zaliczone.

To zdecydowanie powinien być wolny poniedziałek!

Co dziwne przed treningiem Race Predictor dał zachęcającą notę. Ale jak widać to był blef 🙂

Nic z powyższego mnie nie zadowala. Wierzę że mnie oszukuje 🙂

Wtorek

    O poniedziałku prawie zapomniałem – wrodzona zdolność wypierania z głowy niewygodnych faktów 🙂 . Wyszedłem zdeterminowany, że dziś zrobię to czego nie dałem rady w poniedziałek. Czyli 3 x 2,4 km – akt drugi. Deja vu – rozgrzewka 2,4 km, ponownie 4’50”/km – znowu trudno to pojąć 🙂 . Ale nie ma opcji żebym się dziś poddał. W głowie : “Dariusz – nawet o tym nie myśl” 🙂 .

Pierwszy odcinek zacząłem specjalnie za wolno – 3’20”. Przyspieszenie i drugi kilometr 3’16”, końcowe 400 metrów w tempie 3’13”/km. Bez szału jest ciężko, gorąco, czuję się jakiś przejedzony, ale trzeba być ponad to! 3 minuty przerwy mijają zdecydowanie zbyt szybko. Nie ma mojej zgody na zakończenie treningu przed czasem 🙂 . Jadę z drugim odcinkiem. Pierwszy międzyczas 3’06”, drugi już 3’17” i końcówka 3’14”/km. W tych okolicznościach: biorę to! Na dzisiejsze samopoczucie to jest prawie dobrze. Został tylko jeden odcinek – przecież wiem że zrobię go znakomicie! Tak właśnie działa psychika – niby nie masz siły, już nie dajesz rady, bo podświadomie chcesz zachować energię na koniec. Ale ostatni odcinek rządzi się innymi prawami. Teraz już nie ma się co oszczędzać. Wystarczy zachować 0,5 % energii na dotarcie do domu 🙂 .
Po pierwszym kilometrze 3’10”, drugi już w 3’15” końcówka w 3’10”/km. Tętno na tych prędkościach prawie HRmax. I to był maks na ten dzień.

Bezwzględnie patrząc na te czasy –  są mierne. Ale pamiętajmy że mierna to jednak też ocena pozytywna 🙂 . A z innych pozytywów – bo tych ZAWSZE trzeba szukać – psychika po tym treningu zdecydowanie +10! 🙂 . Summa summarum – 14 kilometrów w nogach.

Środa

    Nie ma miejsca na nic innego jak spokojne wybieganie! Wpadłem na chwilę do Kabackiego, jedna pętla i wróciłem z 17-tką w nogach. Jak żyć kiedy tak dobrze się biega 🙂 . Całość wyszła po 4’33’/km. Bateria w pasku HR padła zatem wszystko na wyczucie. Jak znam siebie to z pulsem pod 140 dobijałem, czasami jednak dobrze pobiegać bez wiedzy o tętnie 🙂 .

Minimum to jedna pętla (10km) po lesie, z dobiegiem robi się niestety sporo kilometrów

Czwartek

    Jeszcze nie zwęszyłem czającego się zła – zmęczenia. Udało się wygospodarować nieco więcej czasu. A to niesie ze sobą ryzyko zbyt długiego treningu 🙂 .  Plan był na zrobienie siły w postaci podbiegów. Pierwsze 10 km rozgrzewkowo po 4’38”/km z HR 124 (niżej niż zwykle). Ale deszcz wymusił powrót do domu. Przecież nie będę mókł 🙂 . Dwie godziny później było po deszczu. Wyszedłem na dogrywkę 🙂 – 5 km + 8 podbiegów. Standardowo – Kopa Cwila.

Tu realizuję siłę. Ten podbieg tylko wygląda niewinnie :)

Tu realizuję siłę. Ten podbieg tylko tak niewinnie wygląda 🙂 – fot. dzięki uprzejmości dogspaths.blogspot.com

Powrót w truchcie już zdecydowanie bez dynamiki z ciężkim oddechem. Mocy brak! W sumie w tym dniu 20 kilometrów zostało w nogach.  Powoli myślałem o tym, żeby odpocząć – albo robiąc dzień wolny albo zrobić jedynie niewinne 5 km rozbiegania.

Piątek

    Gdy tak myślałem, zgadałem się zupełnie przypadkowo z Damianem Walczakiem na wspólny trening. Kierunek Kabacki i cel to EasyRun. Damian podjął świeżo decyzję o swoim debiucie maratońskim w tym roku. Atakuje Poznań Maraton. Marcin Chabowski który też biegnie w Poznaniu póki co może jeszcze czuć się niezagrożony 🙂 . Myślę jednak, że Damian ma duże szanse na przyzwoity wynik w debiucie. Oczywiście musi do tego zagrać kilka rzeczy, przede wszystkim musi być zdrowie.
Czuję że pobiegniemy z Damianem jeszcze jakieś wspólne treningi i mam tu na myśli coś bardziej wymagającego niż tylko EasyRun 🙂 .

    Tak czy inaczej – piątkowe, lekkie bieganie zakończyłem ponownie z 20-ma kilometrami w nogach. Całość bez dynamiki i na ciężkim oddechu. Po powrocie już definitywnie byłem przekonany o potrzebie odpoczynku. Sobota miała być pod znakiem leżakowania 🙂

Sobota

    Wolne! A jak jest wolne to czas wypełnia się ładowaniem kalorii. Nie inaczej było i tym razem. Nie ufajcie tym co wmawiają Wam że cukier zabija 🙂 .  Słodkie to synonim szczęścia 🙂 . A było w zasadzie grane szczęście w dużych ilościach i w różnych postaciach!
Także sobota upłynęła obficie pod każdym względem. Wreszcie był czas żeby rozprawić się z 5. sezonem House of Cards. Chyba nie muszę specjalnie zachwalać tego serialu 🙂

Niedziela

    Po dniu odpoczynku można było już coś pobiegać. Podjąłem dwie nieudane próby wyjścia 🙂 . Najpierw w południe palące słońce skutecznie zniechęciło do wszystkiego poza leżeniem.
Drugi zryw został stłumiony przez Kasię. Świeżo upieczona szarlotka z lodami waniliowymi NIE MOGŁA czekać 🙂 .

Pomyślałem, że może lepiej że się tak nie składa z tym treningiem. Ciało się zregeneruje i wyjdzie mi na dobre. Ale przed wieczorem lekki chłód po deszczu nie pozwolił bezczynnie siedzieć. Decyzja – wychodzę na delikatne 10 km 🙂 . Wróciłem z 14,5 km po 4’18”/km. Podczas biegu czułem się mocno przejedzony. Ale w miarę upływu dystansu było coraz lżej. Pod koniec hamulec żeby nie skończyć jakimś biegiem z narastającą prędkością (BNP) – a przyznam że kusiło 🙂 . Wolna sobota chyba zrobiła robotę.

Podsumowanie

    Tak jak żaliłem się na wstępie 🙂 – od początku tygodnia zmęczenie dawało o sobie znać. Zapoczątkowane weekendowymi wybieganiami i skutecznie podtrzymane poniedziałkowym treningiem. Wtorek ponownie dołożył swoje 16 groszy 🙂 . Następne dni to już bieganie bez jakości. A przy odrobinie roztropności można było pokusić się o drugi szybszy trening w tym tygodniu.

Czujność zatem jest wskazana. Lepiej zrobić sobie dzień odpoczynku niż kontynuować treningi średniej jakości! Tak wiem – są wyjątki gdzie bieganie na zmęczeniu jest pożądane, ale przed sprawdzianem na 10 km akurat tak nie jest 🙂 .
Trochę zawiódł mnie Recovery Advisor Garmina – zupełnie nic nie sygnalizował a ma przecież doradzać! Chyba algorytm wyliczania zmęczenia bierze pod uwagę zbyt mało zmiennych 🙂

Z nadzieją powrotu mocy, wkraczam w następny tydzień. Moc będzie – wiem to 🙂 . Spróbuję się jednak hamować, bo start kontrolny w sobotę i szkoda by było pobiec tam tylko zwykły bieg progowy.

Do zobaczenia na Biegu Powstania! I stała prośba przed zawodami – Dariusza na trasie NIE wyprzedzamy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: