Półmaraton Warszawski – wartościowy trening

    Tydzień treningów przed Półmaratonem Warszawskim był inny niż zwykle. Z racji tego że nie zamierzałem walczyć o rekord życiowy podszedłem do tego na luzie. Chciałem zrobić dobry trening w myśl zasady: najgorsze zawody są lepsze niż najlepszy trening (czy jakoś tak 🙂 ).

Trening do startu

    Po niedzielnym ponad 30 kilometrowym wybieganiu w poniedziałek nie chciałem się męczyć. Zrobiłem spokojne 10 km po 4’40’’/km z HR 126. Pełna regeneracja, pomimo że specjalnie nie czułem zmęczenia. Całość tłuczona po kostce – hartowanie stawów 🙂 .

Wtorek – rano szybki pomiar tętna spoczynkowego: 32-34 – można uznać że wszystko zregenerowane. Na wieczorny trening założenie, żeby się porządnie dojechać. Niestety układ dnia w pracy i poza nią lekko pokrzyżował plany. W rezultacie na trening wyszedłem przed godziną 21:00. Od południa zjadłem jeden poziom ptasiego mleczka i kawałek torta. Jedzenie mistrzów 🙂 . Ale trzeba było spróbować co na tym można nabiegać. Z trudem 6 x 1 km po 3’16’’/km, ale dało radę. Jeszcze 2 x 200 m na koniec na dobicie. Całość 12 km. Byłem zadowolony chociaż pewnie lepsze by było 10 x 1 km trochę wolniej. Późno było więc skróciłem trening.


W środę niestety nie udało się wygospodarować czasu na bieganie. A siła biegowa tutaj by się przydała – ale co zrobisz jak nic nie zrobisz 🙂 .

Czwarteczek – kuszenie kolegów na wypad na tor gokartowy. Trening w sumie ważny, ale koledzy też ważni 🙂 . Na torze niestety przegrana o 0,005 s z Michałem Szafrańskim, miliarderem 🙂 i autorem bloga jakoszczedzacpieniadze.pl. Emocje były silne, ale jak adrenalina opadła w drodze powrotnej, zacząłem czuć dziki ból w plecach. Te wózki jednak są mało komfortowe. Lekko połamany chciałem jednak jeszcze coś pobiec. Wyszedłem przed 21:00 na lekkie 12 km. Miałem nadzieję, że do niedzieli plecy odpuszczą.

Piątek miało być coś długiego. Chciałem trochę się zmęczyć przed niedzielnym biegiem. Zawsze na zawodach biegnie się dużo łatwiej niż samemu na treningu. Nie chciałem, żeby mnie tam za bardzo niosło 🙂 . Najprościej zatem mieć już kilometry w nogach i nie ma ryzyka przesadzenia z tempem. Niestety po gokartach przyplątał się ból gardła, za to plecy jakby mniej bolały. Nie chciałem ryzykować przeziębienia i zostałem w domu. Zamiast dokładać kilometry wyszedł z treningu prawie wzorowy tapering 🙂 .

Sobota – rano na szczęście zero bólu gardła – widać droczył się tylko 🙂 . Przed obiadem 10 km po 4’30’’/km. Czasu na więcej nie było, ale miałem chytry plan. Przed półmaratonem w niedzielę chciałem zrobić kolejne 10 km w ramach rozgrzewki.

Start w półmaratonie

      Niedziela. Korzystając z tego, że nie biegnę po wynik, chciałem przetestować kilka rzeczy tzn. piątek/sobota: zero ładowania węglowodanami, wręcz lekkie ograniczanie, na tyle ile ja się mogę w tym ograniczyć 🙂 . Generalnie jedzenie jak w zwykły dzień. Na śniadanie tylko pół kubka kawy i kanapka z dżemikiem. Na trasie zero picia/żeli. Następne picie/jedzenie dopiero po biegu. Liczyłem, że coś ciekawego się wydarzy, może jakaś ściana na 18 km i próba charakteru, cokolwiek. Niestety nic takiego nie miało miejsca 🙂 .

Rano zajechałem na start przed 9-tą, zaparkowałem bolid 100 m od linii startu na ul. Ossolińskich – pole position – jedyne auto na ulicy 🙂 . Wyszedłem na planowaną dyszkę. Przebiegłem 200 m i…wróciłem do samochodu. 3 stopnie to jednak trochę przesada jak dla mnie, pod wiatr na policzkach czułem żyletki. Pierwsza próba charakteru przegrana. Włączyłem ESKĘ i przeczekałem do 9:40.

20 minut przed startem, wyszedłem na szybsze 2 km rozgrzewki. Wydawało się, że jest dużo cieplej, a może to tylko emocje 🙂 . Przybiłem kilka piątek ze znajomymi i ustawiłem się w pierwszej linii za elitą. Największa zagadką był dla mnie tempo w jakim mam biec. Zdecydowałem, że po pierwszym kilometrze się zobaczy, pobiegnę go na lekkim hamulcu. Pierwszy międzyczas 3’27’’ – myślę sobie, że jednak trochę za szybko ale jakoś mocno nie zwolniłem. HR poniżej 160 uznałem że jest git.

                                                                           Rozpoznawczy kilometr (fot. Grazia Running)

Przełączyłem garmina na widok tętna i co jakiś czas kontrolowałem, żeby nie wyszło ponad 160. Kolejne kilometry 3’19’’;3’23’’. Trochę zagadka – zbyt gładko idzie. Myśl że może trzeba jednak dopędzić grupę na 1:10 🙂 i walczyć z czasem. Ale szybko z tego zrezygnowałem, wiem jaki trening robiłem i tutaj nie było co liczyć na cud.

Na Nowym Świecie spotkałem Sebastiana Polaka (Słonik), szybka wymiana zdań – wyglądało że bieg po 3’30’’/km jest naszym wspólnym celem. Przed nami Dominika Stelmach, wiedziałem że leci 10 km więc grupa na pierwszą połówkę jest. Z jednej strony chciałem żeby było łatwo a z drugiej żeby nie było za wolno 🙂 . Dobra grupa to podstawa. Na zbiegu Belwederskiej kilometr wyszedł już w 3’16’’, kadencja powyżej 200. Na dole już ostro wyhamowałem. Niestety z takim podpalaniem się mam problem 🙂 . Rok temu zepsułem w ten sposób półmaraton, ścigając się z jakąś Kenijką.

                                                                                                                                                      fot. mamyruszamy.pl

Zwolniłem do 3’30’’, poczekałem na Sebastiana i zaczęliśmy biec mniej więcej razem. 10 km 34’39” – idealnie.
Na moście świętokrzyskim zaczęło się robić ciężko. Chciałem albo zwolnić, albo przyspieszyć żeby dojść grupę. Oczywiście przyspieszyłem ale nie drastycznie.

Przy stadionie narodowym doszliśmy grupę przed nami. Okazało się że to Paweł Ochal prowadzi bieg żonie 🙂  (w rezultacie była 7. wśród kobiet)

Myślę sobie – jest znakomicie. Będą jakieś zmiany, przede wszystkim trzymanie równego tempa no i jakiś konkretny cel. Od 14-go km zatem równo w granicach 3’30’’/km.

Ogólnie Paweł wyglądał jakby biegł na jakieś 14% mocy – widać że do Wingsa już jest moc. Ja bez wielkiego zmęczenia, ale jednak dużo bliżej granicy swoich możliwości. Nic nie kombinowałem, biegłem równo. Dotarliśmy do 20 km – bez większych historii. Przy takich prędkościach wiatr w zasadzie nie przeszkadzał. Podbiegi od 17 km wydawały się też jakieś płaskie 🙂 .

                                                                   Podbieg na 18km – ale jaki podbieg? 🙂 (fot. ewakiec.com)

Końcówkę lekko przyspieszyłem do 3’15’’/km, żeby zobaczyć czy na głodnego zostało coś w baku. Jakieś opary jeszcze były 🙂 . Całość dystansu wyszła po 3’30’’/km ze średnim HR 158 – dokładnie tak jakbym to sobie wymarzył.

                                                                                      Delikatny finish – w końcu to zawody

    Za metą kilka gratulacji dla tych którzy walczyli o rekordy, m. in. Lubelskibiegacz zadowolony z nowej życiówki no i debiutant Krzysiek Wasiewicz – pokazał moc. Trochę żałowałem, że nie byłem tego dnia gotowy na walkę. Warunki do ataku na życiówkę były idealne: pogoda i grupa na 1:09:xx. Z drugiej strony – przecież to nie jest ostatni mój półmaraton 🙂 .
Po biegu szybki powrót do domu i przed 12:00 już leżałem przed TV.

    W poniedziałek niby miało być tak pięknie, ale nogi trochę obolałe. Jednak na treningach nie było dużo biegania na takich prędkościach i dokładnie to czułem. Kolejne kuszenie wypadem na gokarty i znowu uległem – chociaż wiedziałem, że plecy ucierpią 🙂 . Ponownie setne sekundy za Michałem – ale to już przedostatni raz mu dałem wygrać 🙂 . Po powrocie znowu lekko połamany – już nie wyszedłem biegać. Trzeba było się zregenerować.

Zapisz się do tajnej grupy

Summary
Review Date
Reviewed Item
Półmaraton Warszawski
Author Rating
51star1star1star1star1star

2 komentarze

  1. Jeszcze raz gratki dobrego treningu! Już teraz żałuję, że nie udało się biec w Wami, ale tak jak napisałeś – to nie jest nasz ostatni półmaraton.

    Pozdrawiam,
    Paweł

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przeczytaj także: